Maj 2006

Roztocze200...
Roztocze2006_023 Roztocze2006_023
Mój pierwszy morski rejs. Zaczął się zupełnie niewinnie. W związku utraconą szansą na penetrowanie Spitsbergenu postanowiłam karierę żeglarza rozpocząć od nieco mniejszego akwenu. Przytrafił się Bałtyk i świetna załoga z kapitanem Jurkiem Paleologiem na czele. A wszystko to rozegrało się na gościnnym pokładzie dzielnego jachtu Roztocze, który czekał na nas w szczecińskim porcie. Pierwsze spotkanie z pozostałą częścią załogi nastąpiło późno w piątkową noc, kiedy to po długiej acz wesołej podróży dotarliśmy na miejsce. Te kilka doslownie godzin jakie pozostały nam do rana szybko wykorzystaliśmy na upragniony sen, o ktorym marzył zwłaszcza nasz kierowca Bartek. Poranek bowiem czekał na nas z nie lada wyzwaniami.

Należało sprawić żeby jacht w miarę szybkim czasie doprowadzić do użyteczności pod względem technicznym i prowiantowym. Lista zakupów była dość imponująca. Z pewną dozą niepewności patrzyłam się na piętrzące się paczki, siatki, tobołki, kartony, woreczki, zgrzewki, produkty luzem i w opakowaniach zbiorczych. Było tego trochę ale zostałam szybko uspokojona, że 38 – tonowy jacht właściwie nawet nie poczuje ciężaru jaki mu zafundujemy w formie ciał własnych jak i wszelkiego bagażu. W końcu rejs miał trwać tylko tydzień. A wyglądało jakbyśmy mieli ambitny zamiar dotrzeć na Kubę. Równolegle część załogi technicznie uzdolnionej przeglądało wszystkie zakamarki jachtu, które mogłyby nas zaskoczyć w czasie rejsu. W ruch poszły szczotki, wiadra z wodą, szmaty. Nakazany został przegląd żagli, koi, kontrola wyposażenia kubryku, mesy, jachtowej kuchni. Zostaliśmy zapoznani z instrukcją użytkowania pokładowego WC zwanego dalej kingstonem. Na końcu krótki kurs nawigacji, typu otaklowania i ustna deklaracja poddania się zupełnie rozkazom kapitana w celu uniknięcia samowolnych wędrówek po wodach Bałtyku. Bowiem dość szybko okazało się, iż ilość głów na pokładzie równała się ilości innowacyjnych pomysłów co do przebiegu planowanego rejsu. No ale w efekcie pod koniec mijającego dnia udało nam się uruchomić silnik, przygotować pierwszy zestaw żagli, zagospodarować koje, zorganizować miejsca przechowania prowiantu, podzielić dziarską załogę na wachty i pod czujnym okiem Kapitana odbić od brzegów i skierować się do portu w Świnoujściu. Czekała nas pierwsza przeprawa przez większą wodę, jaką jest Zalew Szczeciński. Nastał czas naszej wachty. Bartek jako II Oficer na pokładzie i nasz bezpośredni przydzielił mi ster w udziale. Konrad wspierał mnie obserwacjami wydarzeń, jakie rozgrywały się przed dziobem Roztocza. A działo się nie mało. Był już późny wieczór i ciemność ogarnęła horyzont. Oczywiście byłam chwilową rozrywką dla co bardziej wytrawnych żeglarzy, kiedy beztroskimi ruchami steru, wprawiałam jacht w taneczne ruchy na zalewie, a który zupełnie nie chciał zachowywać się jak samochód po przekręceniu kierownicy. Zakręcony kilwater świadczył dodatkowo na moją niekorzyść. Chwilę to potrwało zanim opanowałam sztukę starszego sternika. Efektem było osiągnięcie w miarę prostego kursu i dotarcie do kanału prowadzącego wprost do otwartego morza. A tam szalało małe piekło. Decyzją Kapitana zostaliśmy w porcie w Świnoujściu w celu obserwacji zaistniałych warunków pogody, które zupełnie nie sprzyjały naszym planom. Doniesienia radiowe nie zapowiadały wakacji na Hawajach ale też nie oczekiwaliśmy walki o życie, mając do dyspozycji 18 m2 pokładu.