Sierpień 2010

{webgallery integration="phocagallery"}25{/webgallery}

Gedania czekała na nową załogę na etapie Tromso – Trondhaim. Marek krótkim telefonem dał mi znać, że potrzebny żeglarz. Kapitał dodał, że mile widziany oficer. Wysłałam wiadomość do .. przyjaciela. Po chwili dostałam odpowiedź - „Mam zgodę na urlop”. Poczułam się trochę dziwnie, ale pomyślałam że to dobra szkoła pod żaglami w gronie wytrawnych żeglarzy, pasjonatów, amatorów, wędkarzy czyli ubiegłorocznej 16 – osobowej, męskiej załogi.

Załatwiłam bilety, z pewnych przyczyn przeorganizowałam czas spędzony na Mazurach, pomogłam Stasiowi odzyskać część zainwestowanych pieniędzy z niewykorzystanych biletów i zameldowałam Kapitanowi, że mamy IV oficera. Po tych wszystkich zabiegach we środę wieczorem odebrałam Leszka z dworca w Krakowie i we czwartek rano znaleźliśmy się razem na pokładzie samolotu linii Norvegian. Przesiadka w Oslo zaowocowała spotkaniem Adama i Lucjana przy odbiorze bagażu i już we czwórkę w wesołej atmosferze dotarliśmy Tromso. Lokalną taksówką z wielkimi bagażami, które ukrywały mnogość polskich wiktuałów w postaci podsuszanych kiełbas, sera dojrzewającego, i innych kulinarnych gadżetów, dotarliśmy na wybrzeże. Przy kei dumnie prezentowała się smukła Gedania, na pokładzie której stała załoga w trochę zmienionym składzie ale niezmiennie szarmancka w osobie 15 prawdziwych mężczyzn.

Rejs zapowiadał się uroczo. Dokonaliśmy jeszcze kilka niezbędnych prac związanych z przygotowaniem jachtu do wyjścia z portu. W między czasie znalezłam z Leszkiem xero, z Bosmanem Wojtkiem udało nam się wysłać ważnego emaila zapowiadającego nasze istnienie na wodach Norwegii i zatankowaliśmy cenną słodką wodę do wszelkich możliwych zbiorników na jachcie. Ostatnie słowo należało do Kapitana. W kilku słowach ustalono zasady bezpieczeństwa i współpracy, skład wacht i plan rejsu na najbliższych 12 dni. Nadeszła wiekopomna chwila odejścia od kei. Trwała nasza wachta. Na początek Kapitan stanął za sterami ale jak tylko wyszliśmy z portu zajęłam miejsce Kapitana. Pod pokładem trwała kolacja, trochę spóźniona ale za to w pięciogwiazdkowym wydaniu wachty Oficera Wojtka. Pierwsza euforia jaka opanowała wszystkich kiedy jacht wypłynął na szersze wody, polegająca na pełnym zagęszczeniu załogantów w kajucie nawigacyjnej z czasem opadła. Ok 22.00 kiedy słońce nadal z powodzeniem świeciło nad horyzontem część załogi z rozsądku zeszła pod pokład. Rejs się rozpoczął więc i ustalone wachty zaczęły obowiązywać. Nasza trwała do północy. Przechodziliśmy przez fiord. Wzdłuż kursu minęliśmy kilka jachtów, motorówkę, dwie pogłębiarki, jednego rybaka i kilka wysepek. Zaczęło się robić chłodniej. Pod pokładem zapanowała sena cisza i jedynie monotonny szum silnika i zmieniający się krajobraz potwierdzał ruch jachtu wzdłuż wyznaczonego kursu. Zbliżała się północ.

Spod pokładu wyszedł Wojtek, nasz zmiennik. Słońce lekko chowało się za horyzontem. Czas białych nocy dobiegał końca. Coraz krótsze dni zapowiadały koniec polarnego lata, które i tak w tych szerokościach jest niezłym wypasem w stosunku do innych szerokościach, dopóki jednak nie minie magiczna data zmiany pory roku z dwóch tu występujących. A zima i noce polarne potrafią skutecznie uprzykrzyć życie. Jednak, póki co schodziłam pod pokład w lekkim półmroku. W naszej oficerskiej kajucie spał Janusz i nowo namaszczony IV oficer Leszek. Cicho, żeby ich nie obudzić ogarnęłam się przed zasłużonym snem. Zupełnie nieświadomie obudziłam się już dobrym porankiem, podczas gdy w nocy działy się rzeczy dziwne, magiczne i niezwykłe. Fakt istnienia w naszym składzie sekcji wędkarskiej zaowocował nocnym połowem wszystkiego co pływało w wodach zatoki, w której postanowiono rzucić kotwicę ok 2.00 w nocy. Nic nie słyszałam. A plany ziściły się niemal w 100%. Nikt chyba tylko nie spodziewał się efektów połowu. Straciłam podobno jedyny w swoim rodzaju moment złowienia pierwszego trofeum przez samego Kapitana. Widok ponoć bezcenny. Potem poszło już hurtem. Ławica ryb została wyciągnięta na pokład Gedanii i jedynie wypełniona po brzegi rybą plastikowa skrzynka świadczyła o rozmiarach nocnego trału. Dumni wędkarze z nieukrywaną satysfakcją zasiedli do śniadania. Z podziwem pochyliłam się nad oprawionymi tuszami owoców morza, wypatroszonych i gotowych do dalszej obróbki. Opowieści o nocnych manewrach dominowały w śniadaniowych rozmowach. Niewiele miałam do powiedzenia, na szczęście panowała nasza wachta więc mogłam z czystym sumieniem opuścić pasjonatów rybołówstwa. Jako że zbiory naprawdę były imponujące przedpołudniowe godziny zostały rozplanowane na prace kambuzowe – czyli kulinarno – bosmańskie. Pod młotek poszedł cały zapas ryb, do wody poszły wszelkie elementy pokładowych wentylatorów, które zdecydowanie nie były od dawien dawna czyszczone nawet w podstawowym zakresie. Pokładowi mechanicy nieustająco co chwila podrzucali mi coraz to inne składowe części, które od razu lądowały w wiadrze z wodą i wszystko-rozpuszczjącym Ludwikiem. Trochę to trwało. Każda sztuka przechodziła przez ekspresowe mycie, szorowanie, płukanie i suszenie. Przy ogólnie pracowitej atmosferze zza chmur wyszło słońce, które ukazało cały urok otaczających nas okolic. Fiordy, choć jeszcze w małym rozmiarze rozkwitały zielenią. Kolorowe, małe i pojedyńcze domki tutejszych osadników z daleka sprawiały wrażenie, że znaleźliśmy się w krainie baśni, której bohaterami były niewątpliwie oprócz nas krasnoludki.

Zbliżała się pora obiadu. Co prawda dość wolno ale ochota na świeżo złowioną rybę rosła w miarę upływu czasu. W powietrzu unosiła się atmosfera niewątpliwie artystycznej kulinarnej przygody. Czym prędzej poskładaliśmy wentylatory, z których najważniejszy był ten rozebrany w kambuzie. Smażenie tony tuszy rybnej w i tak już ograniczonym pomieszczeniu groziła zaczadzeniem nie tylko kucharza ale i części załogi pozostającej pod pokładem jachtu. Rzucono wszystkie siły w odpalenie sprzętów. W chwili sprawdzenia, że skompletowanie poszczególnych części w jedną całość zaowocowała sukcesem pokładowej mechaniki i już chwilę potem ruszyła nierówna walka Janusza z mnożącą się rybą, podobnie jak jacht ruszył w dalszą drogę norweskiej przygody.

Rano wszystkie siły zostały przeznaczone na uruchomienie sprzętów. W chwili sprawdzenia, że skompletowanie poszczególnych części w jedna całość zaowocowała sukcesem pokładowej mechaniki i już chwilę potem, w lekkim odgłosie silnika ruszyły prace w kabinie, podobnie jak my ruszyliśmy w dalszą drogę morskiej przygody.

Lofoty2010_...
Lofoty2010_0020 Lofoty2010_0020
Rejs trwał w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Po raz kolejny zaczęły się snuć plany o bogatych w dorsze rejonach. Kierowaliśmy się na północ. Czekało na nas Andenes, miasteczko zlokalizowane na północnym krańcu jednej z lofockich wysepkach. Czuliśmy zbliżający się chłód morza Barentsa. Podążaliśmy kursem, który miał nas zaprowadzić do krainy wielorybów. Na naszej pokładowej mapie jeden taki pojawił się dużo wcześniej. Teraz pozostało jedynie upolować go fotograficznie, na co zwłaszcza zasadzał się Marek. Pokładowe dyskusje na tematy damsko-męskie, już dawno przestały drażnić czy dokuczać, a jedynie zyskiwały z każdym dniem na intensywności. W ich sympatyzującym z moja osoba tonie osiągnęliśmy port w Andenes. Pierwsze podejście do brzegu spędziłam w kambuzie. Moja dzielna wachta odbywała służbę na pokładzie, gdzie z racji przypisanych stref opiekowaliśmy się dziobem.

Cała załoga pod wodzą kapitana bezpiecznie podeszła do kei. Pierwszy desant w osobach 2 Januszów i Józka oddalił się w uroku nocy, choć tu noc jest niezwyczajna. Pomimo godziny 22.00 słońce było niemal w zenicie. Półgodzinny postój nie zmienił zbytnio warunków przyrodniczych, ale zmieniła się decyzja co do punktów cumowania. Kierowani byliśmy bowiem potrzebą zatankowania wody, której jak się okazało przez dwa i pól dnia zużyliśmy ponad 1200 litrów. Kapitan nałożył embargo na wodę. Kąpiel raz na trzy dni, mycie ryb w wodzie morskiej, zmywanie w wersji mega oszczędnej. Woda na poziomie 100 litrów jaką mieliśmy do dyspozycji przez ostatnie 5 godzin dała wszystkim do myślenia i wyobraźnia niektórych ruszyła w temacie mniejszej nonszalancji w temacie wody.

Tym sposobem znaleźliśmy się na przeciwległej kei z dostępem do żółtego węża, pełnego słodkiej wody, potencjalnych pryszniców i koszy na śmieci, których zdołaliśmy naprodukować już kilka worków. Wszelkie prace porządkowe i organizacyjne zostały szybko ogarnięte i w składzie naszej wachty powiększonej o zacną osobę Bosmana – Wojtka, nocą czyli tak mniej więcej o naszej 17.00, jeśli chodzi o ewentualny zachód słońca w tych szerokościach o godzinie 23.00, wyruszyliśmy na podbój miasteczka Andenes. Wyglądało ono jakkolwiek wyglądające na śpiące, to w kilku swoich punktach żyło własnym życiem. Z początku wymarłe uliczki, w miarę zbliżania się do krańców wyspy, wykazywało pewne ożywienie w postaci dużych nazwijmy to dyskotek. Musiał tam panować iście piekielna atmosfera, gdyż towarzystwo zwłaszcza damskie występowało w typowych dla lata ubraniach nieco skąpych. My natomiast ubrani w sztormiaki, głowy chowaliśmy w kapturach i jedynie chęć zrobienia nowych „zdjęć” wymuszała wyciągnięcie rąk z ocieplanych kieszeni. Dotarliśmy do imponującej latarni, stojącej na straży żeglarzy, wzdłuż której wiły się resztki dawnej kolei a wszystko to w niesamowitym krajobrazie wystających z morza skalnych szkieletów. Nocą na tle zachodzącego o północy słońca wyglądały jak leniwe wieloryby, które wypłynęły z głębi na wieczorny popas. Wiało coraz bardziej. Ruszyliśmy w stronę centrum, łudząc się że w tej małej mieścinie trafi trafi nam się jakaś gratka w postaci zimnego piwa, choć mi już było wystarczająco zimno. Z tą nadzieją minęliśmy zamkniętą w nocy stację CPN autochtona, który nie zważając na mijającą północ malował fasadę domu. Kilku przedstawicieli lokalnej młodzieży, zamkniętą na głucho aptekę i supermarket. Nie strudzeni, prowadzeni przez Wojtka, który jak się okazało bywał już w tym miejscu, osiągnęliśmy cel podróży. Przed nami roztoczył się piękny widok otwartej, małej knajpki nabitej ludźmi takimi jak my. Z ochotą sięgnęliśmy po kufel lokalnego browaru, z radością płacąc za niego 65 koron, co daje jedynie 33,5 złotego za pól litra. Co za kraj - „eldorado”, choć raczej nie dla nas. Potem było kolejne piwo i truskawkowa herbata dla mnie.

W tak sympatycznej atmosferze doczekaliśmy 1.00 w nocy. Trwała wachta Leszka, wiec nieco przyspieszyliśmy kroku, choć i tak pewne było, że zastępca kapitana Janusz nie pozostawi tego bez komentarza. I tak było, Wystarczyła jedynie jego mina, żeby wiedzieć, że na pewno było to ostatnia taka noc.

Fakt przestawienia jachtu nieco zburzył porządek spaceru naszego desantu. Ten bowiem wracając kierował się na dotychczasową keję, a tam czekało chłopaków chyba zaskakująca niespodzianka w postaci braku domu. Obserwowaliśmy ich bezradne ruchy na kei, rozbiegany wzrok i nerwowe drżenie rąk. Jakimże szczęściem okazał się fakt zauważenia Gedanii na przeciwległym brzegu. Zupełnie odmienieni z ulgą na twarzy wracali triumfalnie na pokład.

Sen przyszedł szybko. Noce stawały się coraz chłodniejsze. Pobudka na dyżur w kambuzie działała nadal w telefonie i dobrze, bo inaczej spałabym do południa. Śniadanie podane w kształcie szwedzkiego stołu zostało uzupełnione gorącą jajecznicą okraszaną na bogata wkładkę popularną tu tak krakowskiej.

Dość, że ten zestaw zyskał uznanie wśród marynarzy. Przed naszą wachtą zostało tylko jedno wyzwanie – obiad. A ten nie mógł być gorszy od wczorajszego. Jako że od dwóch dni jedliśmy hurtowo ryby, postanowiliśmy nieco zmienić konwencje i zaproponowaliśmy dwa dania w postaci zupy rybnej i smażonych plastrów polędwicy, a w alternatywie oczywiście smażona ryba. Wszystko to znalazło się na stole zaraz po tym jak bosman nie oszczędził nas pracami bosmańskimi na pokładzie. Cztery godziny szorowaliśmy pokład, teak, okna. A wszystko to żeby odzyskać piękno i blask burt tuż po tym jak zostały one pokryte resztkami po uboju ławicy ryb z naszego połowu. W ruch poszły szczotki, gąbki, druciaki, szmaty, ludwiki, cif’y i wszelkiego rodzaju sprzęty do sprzątania. No kolanach darliśmy pokład w czasie, gdy pozostała załoga cieszyła oko widokami Andenes.

Obiad podano przy lekkim kołysaniu fal, gdy mały kliwer wspierał pchający nas w przód silnik. Marek z wytęsknieniem wyglądał waleni, które miały być spełnieniem tego rejsu. A tu zupełnie nic, nie licząc mijających nas z daleka orek. Wachta dłużyła nam się niezmiernie. Poranne prace dały nam się jednak trochę we znaki, do tego ułożyła się wolna, długa usypiająca fala. Nie doceniałam kolacji tzn. jej spożycia. Z małymi trudami dotrwałam do końca wachty i zniknęłam w koi. Przez jedynie słyszałam manewry podchodzenia do kolejnego portu, choć z początku myślałam, że to łowisko, ale chyba było już zbyt późno na takie fanaberie.

Wachtę zaczęłam jednak od spóźnienia, co zostało mi wybaczone. I tak o 6.20 rozpoczął się piąty dzień żeglugi w norweskich fiordach. Niebo zasnute było warstwami chmur. Jak na podróż po fiordach nie było to obiecujące. Każdy liczył na niezapomniane wrażenia estetyczne.

Trwały przygotowania do wyjścia z portu Sortland. Z oficerem Wojtkiem i Leszkiem, choć później okazało się w gronie znalazł się jeszcze Marek, Lucjan, Janusz i Janusz, znaleźliśmy się w pobliskim supermarkecie. Do podstawowych składników spożywczych poszukiwanych na jachcie zaliczony był chleb, śmietana, pieprz mielony i 36 x 3=108 jabłek. To, bowiem znajdowało uznanie u każdego, jako ekskluzywna przekąska.

Wraz z momentem opuszczenia pokładu, usłyszałam końcową decyzję Kapitana, iż mamy do dyspozycji całą godzinę na poranny spacer. Czas ten wykorzystywaliśmy z Leszkiem na utylizacje wszelkiego rodzaju butelek w marketowym automacie do ich zwrotu. Bardzo fajny wynalazek idący w stronę zdrowej ekologii. Usatysfakcjonowani zwrotem 45 koron udaliśmy się na szybki spacer po miasteczku, trafiając m.in. na tutejszy mały cmentarz. Cała mieścina nie urzekła nas zbytnio, wiec ta godzinka była wystarczająca aż nadto. Dość szybko uwinęliśmy się z odejściem od kei, kierując się w stronę Troll fiordu. Niebo zaczęło błyskać błękitem. Z każdą chwilą przybywało go coraz więcej. Słońce zaczęło rozgrzewać nieco miniona chodną noc. Wpływaliśmy w piękna wyrzeźbioną przez lodowiec krainę, która za każdym zaułkiem skalnym ukazywała nam piękno surowej, z rzadka jedynie dotkniętej ręką człowieka przyrody. Miejsca, które jednak człowiek zdecydował się wyrwać naturze kawałek ziemi, wzbudzały u nas jednocześnie podziw i zdumienie. Często były to samotne kolorowe domki, z norweską flagą powiewającą w stale wiejącym przeciągu.

Na pokładzie atmosfer przybrał formę sielanki. Rzesza fotoreporterów wyciągała wszelkie sprzęty, ułatwiające zatrzymanie w kadrze stromych zielonych zboczy, urokliwych wodospadów, błyskających w słońcu nagich skał. Zaczęły się słoneczne wakacje. Zajęliśmy z początku z Markiem miejsca dla nielicznych a mianowicie kosz dziobowy. Jako pierwsi ogarnęliśmy, ukazujący się z wolna krajobraz, prześcigając się w koncepcjach kadrów. Marek miał pewną przewagę ze swoim nowo nabytym teleobiektywem, który z czasem wylądował i u mnie. A było co fotografować. Pionowe ściany gór, które otaczały nas zewsząd sprawiały ze w krótkim czasie znaleźliśmy się w scenerii filmu Władcy Pierścieni. Przytłaczające surowe skały spadały do wody pozostawiając żeglarzom małe przesmyki do przejścia. Te natomiast były nie lada wyzwaniem i niewątpliwie turystyczną atrakcją, wykorzystywane skrzętnie przez wszystkie możliwe organa tej dziedziny przemysłu. Choć wcale się nie dziwię. Dla nas wpłynięcie do Troll Fiordu okazało się potężną dawką emocji estetycznych nad pięknem krajobrazu. Wąskim przesmykiem podążaliśmy w stronę słońca. Ściany fiordu płukane wodospadami lśniły w gorących promieniach słonecznych. My też. Z wypiekami na twarzach, z oczami szeroko otwartymi, łowiliśmy cenne kadry. Resztę pozostawiam zdjęciom…{pgslideshow id=25|width=500|height=350|delay=5000|image=L|pgslink=1|imageordering=9}

Kierowaliśmy się w stronę stolicy Lofotów - Svolvaer. Pośród pięknych piętrzących się z każdej strony skał zmierzaliśmy do portu w zachodzącym słońcu. Stanęłam za sterem i w asyście kapitana weszłam do portu. Przybicie do kei, było jednak dziełem kapitana. W towarzystwie obserwujących nas turystów i innych gapiów. To jest ten moment, o którym kiedyś opowiadał mi przyjaciel Kapitan sir Charls, poznany na zlocie żeglarzów. Chwila dla której warto pływać, bo kiedy pojawiasz, to na własnej skórze czujesz podziw i pewną zazdrość płynącą z lądu.

Skądinąd byliśmy w stolicy i na dodatek przez chwilę największym jachtem, jaki właśnie zacumował. Wieczorem dołączył do nas niemiecki Esprit. I tak w duecie wprowadziliśmy jachtowe zamieszanie przy kei. W towarzystwie uśmiechniętego Leszka zostałam wydelegowana do rozpoznania terenu, odszukania kapitanatu i ustalenia warunków postoju. Jak się okazało nie pierwszy raz w wieczorowej porze nikt tu nie pracuje a ewentualnych opłat być może znów nie poniesiemy. Jedyne informacje uzyskane z kutra techniczno - ratunkowego, to był bezpłatny dostęp do wody i wolny postój do rana.

Ja oczywiście z moją wachta i pierwszym oficerem mieliśmy zaszczytną wieczorną służbę na pokładzie, wiec tyko wzrokiem odprowadzaliśmy spacerowiczów udających się na zasłużone piwo. W tym czasie dokonano oprawy stada złowionych ryb podczas rejsu, rzucono 0,5 tony do kuchni, gdzie Janusz starał się opanować kulinarny temat ryb i zaprzyjaźniliśmy się z cumującymi wzdłuż naszej lewej burty Niemcami. Wachta przebiegła w radosnym uniesieniu. Atmosfera radości i uśmiech podsycana była tematem zapasu ryby na popołudnie i propozycję zaproszenia Niemców na kolację. Pomysł ten zupełnie nie zyskał uznania w osobie naszego cook’a - specjalisty od ryb - Janusza, który dzielenie walczył o przetrwanie swoje i połowu, w jachtowym kambuzie. Północ przyszła szybko. Z ulgą można było przyjąć fakt, że można przyjąć pozycję horyzontalną, tuż zaraz po tym jak próbowałam coś ogarnąć w ramach ogólnie przyjętych porządków. Trochę to były działania z góry spisane na niepowodzenie, bowiem walka z rybą dopiero nabierała tempa. Zatem z czystym sumieniem zniknęłam w koi.

Poranek rozpoczął się uroczystym śniadaniem, po którym w towarzystwie Kapitana i Marka wyruszyliśmy na mały rekonesans miasta zakończony kawą i słodkimi wypiekami z pobliskiej cukierni. Miasto, jakkolwiek stolica Lofotów, nie rzuciła nas na kolana, choć kilka urokliwych zakątków udało nam się uchwycić. Z krótką wizytą zawitaliśmy do muzeum win, odwiedziliśmy punkt z suvenirami, nadaliśmy kilka kartek pocztowych i na chwile przystanęliśmy przy stoisku ze świeżą wywieszoną surową rybą.

Wszystkie te zabiegi zmieściły się w określonym czasie przeznaczonym na zajęcia własne przed wypłynięciem. Chwilę czasu zajęło nam poszukiwanie jednego z tych co bardziej nonszalanckich żeglarzy, zupełnie nie zestresowanego faktem, że spóźnia się na określony czas obiadu.

Około południa już w pełnym składzie załogi, tuż po odcumowaniu się Niemców, wyruszyliśmy z portu w kierunku Narviku. Dla mnie to było jak powrót do przeszłości, stąd, bowiem wypływałam na swój pierwszy oceaniczny poważny rejs przez Morze Barentsa, Morze Grenlandzkie, Atlantyk i kilka pomniejszych, na pokładzie dzielnego Roztocza.

Kolejne wspaniałe widoki norweskich fiordów nastrajały spokojem i pięknem. Z czasem trudno było ocenić wyższość niezwykłości krajobrazu z lewej burty nad kardami z prawej burty. Marek dawał za wygraną. Oddawał mi miejsce na pokładzie do zrobienia kolejnych ujęć, wraz z nowym teleobiektywem. A było co fotografować, co skrzętnie notowałam w pamięci własnej i aparatu. Część krajobrazu była retrospekcją wydarzeń sprzed 3 lat. Ofotfjord prowadzący do Narwiku był mi znany i nadal zachwycał trwającym od lat urokiem. Zanim dotarliśmy do portu na pokładzie rozpoczęła się nierówna walka ze sprzątaniem części bakist, w których oprócz niezbędnych gąbek, szczotek, płynów i szmat uzbieraliśmy dwa worki zupełnie zbędnych. Tym sposobem uzyskaliśmy sporo wolnego miejsca na inne ulubione rzeczy bosmana. Narvik mieliśmy przywitać wspaniałą wachtą o północy a więc postanowiłam po kolacji znaleźć trochę snu. Ten zaś został tym razem w odpowiednim momencie przerwany przez Leszka. Wchodziliśmy do portu. Była ciepła noc. Wszyscy wyszliśmy na pokład. Oświetlona Gedania zbliżała się do kei. Marek z Wojtkiem na desancie, my z Lucjanem i Adasiem na dziobie. Narvik witał nas ferią świateł. To było dla mnie nowe miejsce. Postanowiłam, że w miarę możliwości postaram się odnaleźć poprzedni port.

Przez nocną wachtę utrzymywaliśmy cumy na wody. Pływy były n poziomie 6 metrów. W chwili objęcia wachty szliśmy jeszcze do góry. Około 2.00 osiągnęliśmy maximum. Do 4.00 wracaliśmy do poziomu wejścia. Trzecia wachta wchodząca po nas miała osiągnąć apogeum niskiego stanu, czyli 4 metry poniżej. Krótki sen, został przerwany śniadaniem, po których w ramach rozpoznania terenu i konieczności dotankowania wody należało dowiedzieć się o takich możliwościach i jako zwiad patrolowy odwiedzałam kapitanat i szefa nabrzeża. Umówionym sygnałem dałam znak kapitanowi o konieczności przestawienia Gedanii na przeciwległą keję, gdzie zaprzyjaźniony już szef otworzył już drzwi ze szlauchem i słodką wodą i wskazał i wskazał cudowne miejsce w postaci portowego prysznica.

Na pierwszy rzut poszło tankowanie i spacer połączony z zakupami aprowizacyjnymi. Kierunek wyznaczył nam drogowskaz „I” (turist information) - 500 m, ale idąc w tamtym kierunku doszliśmy do wniosku ze były to chyba mile morskie, bo na 500 metrów polskich to nie wyglądało. Narvik zaskoczył mnie zupełnie. Pamiętałam go to tej pory z mariny portowej i dworca autobusowego a tu się okazało, ze jego historia jest o wiele bogatsza. Przede wszystkim jest to fragment wspaniałej historii polskich marynarzy walczących na pokładzie „Gromu” o wolność Norwegii. Zatopiona łódź 4 maja 1940 roku do dziś spoczywa w zimnych wodach Ofotfjordu. Na brzegu został pozostawiony pomnik polskiego marynarza szykującego się do załadowania torpedy. Z nutą refleksji i ciszy zapaliliśmy świece u stóp marynarza. Nad wrakiem „Gromu” oddaliśmy hołd opuszczając polską flagę. Wracałam z Leszkiem spod pomnika polskiego marynarza. Schodziliśmy do pobliskiej mariny jachtowej. W pewnym momencie przyjrzałam się bacznej pomostowi, który wychodził do zatoki. To było to cudo. Molo, przy którym kiedyś nocną porą przybyliśmy z lotniska w Narwiku i spotkaliśmy dumnie unoszące się na wodzie Roztocze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo polubię żeglarską przygodę i to dzięki niemu, choć łatwo nie było.

Uzbrojona w część zakupów wróciłam z Leszkiem na jacht, gdzie trwały porządki pozostałej części bakist i ceremonialne kąpiele w portowej łazience. Ja oczywiście trafiłam na lekko już chłodną wodę, przez co marzenie o długiej gorącej kąpieli zmieniło się w szybka myśl o zakończeniu prysznica w ciągu 1,5 minuty.

Niemal punktualnie o 16.00 ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przed nami w planach był lodowiec Svartisen. Trasa zapowiadała się na całą noc i jeszcze kawałek dnia, Tym razem noc znów była nasza wobec czego bez pośpiechu i nieśpiesznie oddawaliśmy się lenistwu i planom na krótki sen.

Płynęliśmy z północy na południe. Ekran monitora z zapisaną trasą przedstawiał kurs z góry na dół, wtedy prawa strona nie jest prawa a lewa lewą. Trzeba sobie trochę przestawić kierunek jazdy, żeby w odpowiednim momencie kontrolować zmianę kierunku kursu i nie wypaść z toru. Czasami robi się z tym zabawnie, czasami jednak zaczyna się mały stres.

Tym razem poranek witaliśmy w towarzystwie dwóch transportowców, 1 promu i jednego przedstawiciela sił zbrojnych. A wszystko to w ściśle wytyczonym szlaku pomiędzy gęsto usianymi wysepkami. Mgła też nie odpowiadała. A my dzielnie szliśmy w stronę lodowca.

Wachtę przejął oficer Józek i jego wesoła drużyna. Śniadanie kolejny raz dostarczyło nam walorów smakowych i intelektualnych. Poranna jednak zmiana, ma to do siebie, że z czasem łapie człowieka zmęczenie więc z przyjemnością dosypiam jeszcze godzinkę. Tak było i tym razem. Nieco zmęczona szybko odleciałam w sen. Na szczęście Janusz zadbał o to żebym nie straciła cennych widoków i w chwili podejścia do keji obudził mnie słowami, że lodowiec tuż tuż...