To zupełnie było coś nie zaplanowanego. To znaczy to jak potoczyły się moje i nie tylko moje losy gdzieś na środku oceanu Atlantyckiego. I choć tak naprawdę dopiero tam, na jednej z wysp małego archipelagu, zaliczanego do Makaronezji – Wysp Szczęśliwych, w miejscu przecinania się wielu szlaków handlowych, turystycznych czy żeglarskich sprzed setek lat, poczułam się po raz kolejny jak odkrywca. Mały współczesny człowiek, który dotyka ziemi, na której stopy stawiali ongiś dzielni żeglarze a znane były już Fenicjanom. Historia czaiła się na każdym kroku. Na wzgórzach królowała wspaniała, choć sprowadzona przez Portugalczyków, roślinność. Zupełnie jak w przewodniku. Czytając fragmenty opisów dwójki Polaków zakochanych w Azorach nie było innej możliwości jak samej przekonać się co kryje 9, oddalonych o 1500 km od stałego lądu wysp.

 

A wszystko zaczęło się jak Sławek zadzwonił i rzucił niezobowiązujące hasło rejsu po środkowym Atlantyku. W zasadzie czemu nie? Już w kwietniu stałam się posiadaczem cennego biletu na wyspę Fajal, z małym międzynarodowym portem lotniczym w Horcie, uroczym miasteczkiem ze swoją żeglarską historią. Składu załogi nie znałam ale osoba Sławka już gwarantowała wyśmienity nastrój i przygodę z gatunku nietuzinkowych. Kilka miesięcy później a dokładnie na początku października stanęłam na płycie lotniska w towarzystwie pozostałych 6 żeglarzy, spragnionych atrakcji na nieznanym jeszcze wtedy nikomu z nas lądzie. Gdyby nie Inka to byłabym znów sama w męskim zestawie ale szczęśliwie okazało się, że mam towarzyszkę do koi, żeglarkę o wspaniałym doświadczeniu, nieziemskich przygodach i jeszcze bardziej kosmicznych planach na przyszłość. Pierwsze porozumienie co do sposobu na życie osiągnęłyśmy już na pierwszym przystanku, w Lizbonie. A że mieliśmy tam 12 godzin do kolejnej odprawy na Fajal to bardzo szybko opuściliśmy gościnne lotnisko i szturmem ruszyliśmy na nocną wędrówkę po niezwykłej, pełnej uroku, tajemniczej i magicznej stolicy Portugalii. Nasze oczekiwania co do sposobu spędzenia tych kilku godzin nieco się różniły od męskiego punktu widzenia, więc starym harcerskim zwyczajem wyznaczyliśmy odpowiednią godzinę spotkania przed powrotem na lotnisko i udałyśmy się w stronę spowitego w ciemnościach nabrzeża Tagu. Miasto żyło, tętniło życiem choć zbliżała się noc. Ale przecież to był piątek, weekend, mekka turystów niemal z całego świata, we wspaniałym ciepłym klimacie, w dziękach fantastycznego fado, zapachu kawy i wina. Wokół unosiła się atmosfera szczęścia i radości. Uśmiechnięci przechodnie, bez znaczenia czy to autochton czy przyjezdny, pozdrawiali nas co chwila. Odpowiadałyśmy uśmiechem, żałując że to tylko ta noc. Lizbona przyciąga jak magnes, wchłania jak  czarna dziura. A człowiek nawet nie chce się przed tym bronić. Można się zatracić. I nie wiem czy tak trochę nie stało się z nami. Wałęsając się bez pośpiechu po krętych uliczkach nie kontrolowałyśmy czasu. Była już zupełna noc, ale rozproszone światło zza kolejnego rogu kamienicy przyciągało tajemniczością. Tym sposobem, mijając po drodze wspaniały kościół, malutką knajpkę z uroczymi dźwiękami portugalskiego fado dotarłyśmy do zamku, który widziałyśmy dojeżdżając lotniskowym autobusem do centrum. Wtedy wydawał nam się nieosiągalny. Teraz stałyśmy pod jego bramą patrząc na majestat wielkiej budowli. Szczęściem był zamknięty, bo nie wiem czy nie tkwiły byśmy na jego dziedzińcu do dziś. Czas płynął. Należało się skierować w stronę przystanku, gdzieś w dole przed nami, jakoś tak na azymut. Za nami zostawiłyśmy schowane w cieniu zaułki, niezliczoną ilość głośnych pubów, historię sztuki malowaną wprost na ścianach mijanych kamienic. Czułam jakbym spędziła tu co najmniej 3 dni a przecież to dopiero początek nieznanej wyprawy. Wieczór zakończyłyśmy lampką portugalskiego wina, w towarzystwie małżeństwa ze Szwajcarii, zakochanego od lat w Lizbonie. Nie pozostało nic innego jak wpisać Portugalię na listę światowego dziedzictwa turystyki poznawczej i wrócić tu czym prędzej. A przecież już tu byłam. Nic się nie zmieniło. Tyle lat. Wciąż tak samo urocza. Warto będzie wrócić.

Na razie trzeba wrócić na lotnisko. Tam czeka nas jeszcze krótki sen na lotniskowych ławkach i poranek. Dla niektórych jak poranek kojota. Ale może nie będę się w tym zakresie rozwijać. Taki folklor. Poranna kawa, herbata, sok, woda i kanapka ocalała z zapasów jeszcze z kraju. I lot do raju. Przed nami ostanie 3 h lotu na rozrzucone na środku oceanu wyspy azorskie. Wyczekane wakacje w miejscu, gdzie nie każdemu jest dane być, a my właśnie nieuchronnie się tam zbliżaliśmy. Z każdym kilometrem na lądzie, milą morską na oceanie. Samolot delikatnie usiadł na niewyobrażanie krótkim pasie startowym na Fajal. To jedno z tych lotnisk, gdzie pilot musi mocno zaciskać hamulce, żeby nie przelecieć i wylądować na drugiej wyspie. Precyzja z doświadczeniem to najlepsza reklama portugalskich pilotów, obsługujących lokalne linie. Polecam. Szybko odebraliśmy bagaże i w lekko wilgotnym powietrzu poczuliśmy coś na kształt podniecenia wizją najbliższego tygodnia życia na rajskich wyspach. U wyjścia z budynku lotniska rosła okazała araukaria. Tak, to musiał być raj.

 Męską decyzją podzieliliśmy się na dwie grupy i za sprawą lokalnej sieci taksówek dotarliśmy do portu. W Pierwszym składzie znalazłam się razem z Inką i większością bagaży załogi. Po wypakowaniu wszelkich plecaków, tobołków, reklamówek i innych drobnych pakunków pełną piersią wciągnęłam haust morskiego powietrza, czystego, pachnącego solą, pobliską piekarnią, drewnem pokładów stojących licznie jachtów. Betonowa keja rozciągała się niemal po horyzont. Od razu zauważyłam, ze nie jest to zwyczajne nabrzeże. Podążając w poszukiwaniu biura Firmy, od której czarterowaliśmy jacht, mijaliśmy niezwykłe malowidła naskalne, będące świadectwem dotarcia niezliczonych jachtów do brzegów Fajal. Niektóre z nich były wręcz imponujące. Kolorowe obrazy opowiadały o rejsach dalekich i bliskich, o spełnionych marzeniach i planach na spełnienie kolejnych. Wśród tysięcy śladów odnaleźliśmy kilka wpisów polskich załóg. Zaczynaliśmy być dumni z siebie, bo śmiało od tej chwili mogliśmy zaliczyć się do grona tych żeglarzy, którzy stanęli na lądzie gdzieś pośrodku oceanu, kontynuując wspaniałą pasję zwiedzania świata na pokładzie jachtu. Pozostawiając pod strażą nasze bagaże ruszyłyśmy z Inką na poszukiwanie biura, które miało nas wyposażyć w nowiuśki, jak się szybko okazało, jacht typu Darfur. Z nieśmiałością weszliśmy na pokład, uprzednio pozbywając się obuwia z obawy przed uszkodzeniem nowej, teakowej podłogi. A to był dopiero początek. Wnętrze onieśmieliło nas jeszcze bardziej. Pełne, firmowe wyposażenie kuchni, pojemna lodówka i zamrażarka, stylowo i ze smakiem urządzona mesa – jadalnia, dwie pachnące świeżością łazienki. I koje, których nie powstydziłby się czterogwiazdkowy hotel. Biała, krochmalona pościel, po dwa firmowe ręczniki, polarowe koce w kolorze głębokiego błękitu nieba. Zastanawiałam się czy tak wygląda żegluga na przykład w Chorwacji, być może, nigdy nie byłam i stąd moje zdziwienie na wszystko dookoła. Jak do tej pory byłam wychowana na śpiworze i lekko wilgotnym kocu, a jak nie wzięłam ręcznika to pierwsza lepsza podkoszulka stanowiła moje łazienkowe wyposażenie. Tym razem poczułam powiew luksusu i było mi z tym całkiem dobrze.

Formalności czas zacząć. Przeszliśmy krótkie przeszkolenie jak i do czego służy część zainstalowanego oprzyrządowania na pokładzie, wszelkie rodzaje sterów, uruchomienie silnika, zasady działania oświetlenia, zasilania, zapasu cum, obsługi żagli. Słowem wszystko co w najbliższej przyszłości było nam niezbędne do żeglarskiego szczęścia. Kapitan Stanisław podpisał wymagane kwity, my podzieliliśmy się zawartością paszportów, ogarnęliśmy tematy ubezpieczenia i pierwsze torby wylądowały na rozplanowanych kojach. Szczęśliwie z Inką dopadłyśmy tą obok zejściówki, łazienki i kuchni z widokiem  na całe wnętrze jachtu, miejsce strategiczne i całkiem komfortowe. Nad jachtem unosiła się atmosfera nadchodzącej przygody. Wyszliśmy na skąpany w słońcu pomost. Należało rozpoznać teren i szybko namierzyć jakiś market w celu uzupełnienia prowiantu. Tym sposobem wykorzystaliśmy wynajęty samochód i czym prędzej ruszyliśmy na eksplorację terenu. Z niewielkimi wskazówkami autochtonów, z jedną pomyłką w nawigacji, z niewielkim użyciem mojego portugalskiego stanęliśmy w drzwiach lokalnego Super Samu. Kartka z zakupami przechodziła z rąk do rąk. A że znalazło się coś z każdego niemal działu to zwiedziliśmy zarówno lokalne produkty świeżej żywności, przez lekką chemię na lokalnym winie skończywszy.  Nasz koszyk coraz szybciej nabierał kształtu Babiej Góry ale w efekcie znaleźliśmy wszystko czego nam trzeba było i mocno usatysfakcjonowani średnią, jak na każdego członka załogi, kwotą wydaną na zakupy uiściliśmy należność i ruszyliśmy w stronę portu. Na pokładzie trwała radość rozpoczętych wakacji, pod ciepłym słońcem, w październiku, gdzieś na środku Atlantyku.