Śniadanie w Pradze...

Praga2012_0...
Praga2012_038 Praga2012_038
Spojrzałam na komórkę. Była 7.25. Przejeżdżałam właśnie przez okolice starego miasta. Byłam w Pradze. I było chyba za wcześnie żeby dzwonić po Pawła, że już jestem. Pomyślałam, ze dam im jeszcze pospać a sama rozejrzę się wokół, zwłaszcza że miasto budziło się do życia wraz z pięknym słońcem jakie pojawiło się na błękitnym niebie. Chyba już tu byłam, pomyślałam przechodząc obok zabytkowego gmachu Teatru i znikając w historycznym centrum Pragi, które w 1992 roku zostało zapisane na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Wpadłam dosłownie w sam środek bogatej historii miasta od plemion celtyckich zacząwszy, przez ludy Markomanów, dynastię Przemyślidów aż po Króla Karola IV i tak do czasów współczesnych…. I tak mi zostało przez kilka dni...

 

            A wszystko przez Pawła, który w jednym krótkim sms’ie poinformował mnie o planach na początek tego roku, że może jakiś wyjazd, że będzie miło, że byłoby fajnie jakbym mogła też. No i mogłam. Dlatego długo się nie namyślałam, wrzucając kilka niezbędnych rzeczy w kraciastą torbę, wsiadając do czerwonego autobusu, wysiadając na praskim dworcu i wędrując o poranku przez brukowane ulice w kierunku Hostelu Centrum. Co prawda Paweł zapewniał, że będzie na dworcu jak tylko dotknę ziemi ale spokojnie uznałam jego nieobecność za usprawiedliwioną. Przecież już tu byłam i wiem, że w Pradze żyje się 24h więc nic mi się nie stanie jak sobie zrobię poranny spacer i znajdę go trochę później. Jak okazało się na miejscu to trochę później Paweł zapewne chętnie by wstał ale był dzielny i podjął mnie jak gospodarz miasta w bramie hostelu.

            Trochę było mi go szkoda. Sen był krótki, wrażeń z podróży całkiem sporo po obu stronach więc nasz już wspólny spacer obfitował w liczne opowieści, które mieszały się z zabytkową atmosferą urokliwej stolicy Czech. Były wieczorne podróże do granicy, znikające pociągi, zatrzymany czas, bilety do nikąd, dziwni ludzie, odnaleziona rodzina i uśmiech do wszystkich wydarzeń minionej doby. Zjedliśmy a raczej ja zjadłam śniadanie w kafejce, która zaadoptowała dawny sklep mięsny. O jego istnieniu mogliśmy sądzić po sympatycznych kafelkach na ścianach przedstawiających świńskie ryjki, tworzące swoisty dekor pod sufitem. A propos jedzenia to był to początek niejedzenia dla Pawła z przyczyn bliżej nieznanych a wzbudzających kontrowersyjne opinie w rodzinnym gronie.

Chwilę później dołączyliśmy do Żanety, Piotra i Lionela. Wycieczka była bowiem rodzinnym wypadem, do której zostałam dołączona. Zostałam zakwaterowana na drewnianym, piętrowym łóżku nad Pawłem i tak rozpoczęłam przygodę z Pragą.

            A zaczęło się nie banalnie. Kawa w malutkim ulicznym barze na przeciwko hostelu, wizja lokalna okolicy z wieży widokowej gotyckiego Ratusza, potem spacer przez zjawiskowe uliczki i Most Karola, tonący w słońcu, tłumie turystów i artystów wszelkiej działalności. Następnie udaliśmy się na Hradczany z zamkiem, podziwiając zmianę warty honorowej przed wejściową bramą, błąkając się po Złotej uliczce, wypatrując końca strzelistych wież gotyckiej Katedry Św. Wita, Wacława i Wojciecha. Budowla ta, będąca przykładem dojrzałego gotyku w Europie środkowej stanowi siedzibę Arcybiskupów praskich. I robi kolosalne wrażenie. Zwłaszcza jak patrzy się na strasznie spoglądające na przechodzących dołem turystów rzygacze. Atmosfery tajemniczości i mroczności zaczął dodawać silny, zimny wiatr, który skutecznie zepchnął nas do wyjścia i zejścia na niziny, gdzie już nie pierwszy raz uraczyliśmy zziębnięte ciała gorącym „varenym vinem”. Zacność.

Potoczyliśmy się dalej trafiając do dziwnego muzeum form dziwnych świata realnego i tego, który zrodził się w głowie artystów Otto Gutfreunda i Frantska Kupki. Zadziwiający cel i przeznaczenie owych form. Zwłaszcza wielkich rzeźb dzieci z brązu, które zamiast twarzy miały wgniecenie, które sprawiało dziwne odczucia od samego patrzenia, niemal bólu. Był czerwony człowiek na czerwonym koniu, trzy niebieskie coś, ludzkie szkielety, schody do nikąd, niby żółw i szklana fosa. Zastanawiające towarzystwo…

             Po tym wszystkim musiał nastąpić przerywnik w postaci „verenego Vvina”. Jak co trochę. Zbliżał się wieczór. Wracaliśmy pełni wrażeń do domu. Paweł oddalił się do hostelu, m podjęliśmy próbę zasmakowania czeskiej kuchni i tu zaczęła się nasza nowa historia o czeskiej gościnności… cdn…