26 stycznia - 24 luty 2005

032halongDS...
032halongDSC00694 032halongDSC00694
- Marzena mogę Cię prosić na chwilę? - Jasiek odciągnął mnie na bok. Wokół nas na Okęciu kłębił się tłum ludzi. Przy tablicy informacyjnej stoi Magister z Tomkiem w towarzystwie naszych plecaków.

- Nie jadę, wracam do domu.

Nie wierzyłam własnym uszom. Plan wyjazdu do Azji Wschodniej był troskliwie realizowany przez ostatni miesiąc. Wizy, ubezpieczenia, urlopy, terminy przedwyjazdowych spotkań, wszystko misternie dogrywane w relacjach telekonferencji na trasie Lublin - Warszawa.

Na pytanie co się stało usłyszałam jedynie, że Jasiek przemyślał tę decyzję i są pewne fakty, które zmuszają go do pozostaniu w kraju. Próby zmiany jego postanowień spełzły na niczym.

Zaczęła się odprawa…

25.01.05 - wieczór

… wtorek, jak zwykle, przebyłam w biegu. Z szerokiego wachlarza zadań na ten dzień udało mi się zaliczyć jakieś 95% i pewną dozą satysfakcji znalazłam się ok. 18.10 na dworcu centralnym PKP w Lublinie.

Wspólna podróż z Magistrem i Jasiem do Warszawy w przeddzień wyprawy upłynęła w atmosferze wspomnień i niebywałych wizjach czekających nas przygód.

Warszawa przywitała nas śniegiem i zupełnie nieprzyjemnym chłodem. Sugerowaną przez Simsona taksówką dotarliśmy do słynnej już ulicy Piekałkiewicza. Gospodarz posesji podjął nas kolacją o śródziemnomorskim klimacie i pewną ilością piwa, która już wkrótce została podwojona szybkimi zakupami na pobliskiej stacji benzynowej.

Trwające od tygodnia pożegnania trochę nadszarpnęły moją kondycję fizyczną i zniechęcona gęstniejącym dymem papierosowym w kuchni zdecydowałam się na sen. Panowie, pomimo pewnego poziomu spożycia, zdecydowali się jeszcze ok. 1:00 w nocy obejrzeć „Misia”. Seans trwał jakieś 20 min. I został zakończony przez Simsona, który uwolnił śpiącego już Magistra i Jasia od szumu telewizora.

Poranek rozpoczął się drobną krzątaniną pomiędzy kuchnią a łazienką. Efektem kulinarnym Simsona na śniadanie były gorące parówki zawijane w serze i dwa słoiki dżemu własnej roboty.

O 11:15 zapakowaliśmy się do przestronnego taxi w postaci Multiply i wraz z sympatycznym inaczej kierowcą zajechaliśmy pod Terminal 1.

No i wtedy zaczęło się...

Kapitulacja Jasia...

Nasz lot na trasie Warszawa-Istambuł rozpoczął pierwszy etap wyprawy. Małe przetasowania dotyczące miejsc siedzących zaowocowały moim nowym sąsiedztwem w osobie wyjątkowo sympatycznego, przystojnego Turko- Jugosłowianina. Marcos, ku pewnej zazdrości Simsona dbał o atrakcyjność mojego lotu i raz po raz proponował spożycie tureckiego wina z pokładowego sklepu. Jest producentem odzieży, co potwierdził nienagannie skrojony garnitur w kolorze ciemnego granatu i błękitna koszula w paski. Nie ukrywam, że byłam bardzo zadowolona z takiego towarzystwa. Jak się szybko okazało w rozmowie, Marcos często bywa w Polsce w celach handlowych, a przez pewien czas Lublin i okolice były jego drugim domem. Doskonale nawet zna Kazimierz Dolny, gdzie postanowiliśmy odnowić naszą wspólną znajomość.

Lot dobiegł końca. Ciepły posiłek zrobił swoje. W dobrych nastrojach i pełni wiary w sukces wyprawy czekaliśmy na zbliżający się moment lądowania.

Stambuł przywitał nas ciepłym choć zachmurzonym wieczorem, Przy odprawie tranzytowej pożegnaliśmy się z Marcosem i ruchomymi schodami dostaliśmy się na galerię.

Od samego początku lotnisko ich narodowego bohatera Atatiurka wzbudziło w nas respekt oraz miłe zaskoczenie wyglądem i organizacją budynku. Wszędzie panowała czystość, szerokie aleje pomiędzy sklepami strefy wolnocłowej sprawiały wrażenie miejskich deptaków. Postanowiliśmy znaleźć jakieś przytulne miejsce i przeczekać tam pięciogodzinną przerwę w podróży. I tak też uczyniliśmy.

Mając pewne zapasy jedzenia i nieco nabytego alkoholu na Okęciu rozbiliśmy biwak na miękkich fotelach w okolicy wyjścia numer 219.

Niczego nie przeczuwając żyliśmy sobie na naszych kanapach jakieś 4,5 h w trakcie których kolejno:

- rozłożyliśmy karimaty w celu zrelaksowania się

- przez krótką chwilę wróciliśmy do pierwszego celu podróży czyli Hong Kongu, aby uściślić nasze poczynania

- a przez dłuższą chwilę zajmowaliśmy się wspominaniem oglądanych kiedykolwiek katastroficznych filmów i prawdziwych wydarzeń, gdzie w roli głównej obsadzony został spadający, płonący, znikający bezpowrotnie w przestworzach samolot.

Na koniec tego etapu wspomnień wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, nie tracąc bynajmniej dobrego nastroju. Niemniej Magister słusznie zauważył, że Jasio nie wsiadł..., ale stał się kolejnym elementem wieczornej rozmowy. Nadal nie rozumieliśmy przyczyn tak drastycznej decyzji, porównywanej przez niektórych do ucieczki sprzed ołtarza co wzbudziło w męskim gronie niezrozumiały dla mnie i dla Weroniki aplauz.

Przyszedł czas na posiłek. Domowe zapasy w postaci soków, łuskanych przez babcie Tomka w Niemczech orzechów, krojonego chleba razowego, dwóch typów parówek i wędliny na pewien czas zaspokoiło w nas wzrastające od dłuższej chwili łaknienie. A, że za godzinę mieliśmy kolejny lot z ufnością zajadaliśmy się wiktuałami, popijając je przygotowanym wcześniej dżinem z tonikiem. Tak pokrzepieni na 40min. przed planowanym odlotem stawiliśmy się w kolejce do wyjścia 218 oczekując odprawy.

Ha... i tu życie skorygowało nasze plany, ale jak...<

 

Nasz lot do Hong Kongu miał opóźnienie5h i 55 min., co było tak nierealnym wydarzeniem, że przez dłuższa chwilę jeszcze targowaliśmy się z jakimś mundurowym kto ma rację. Prawda wyglądała brutalnie. Czekało nas kolejne sześć godzin na nowych kanapach w towarzystwie, równie oczekujących na swój odlot do Kabulu w Afganistanie, sześciu holenderskich żołnierzy. Jedyną słuszną decyzją wydawał nam się sen, na który ja zdecydowałam się bardzo szybko. Z żalem wspomnieliśmy nasze niedawne zapasy jedzenia i napitku. Zwarzywszy na przedziwne ceny w knajpach i sklepach lotniska nie byliśmy zachwyceni zaistniałą sytuacja. Część z nas zasnęła z różnym skutkiem, Simson- niesforne dziecko, uganiał się za piłką grając w nogę z Holendrami na szerokiej dolnej galerii. Przymusowa sielanka trwała około trzech godzin, gdy nagle przybiegł Simson z Weroniką wyrywając nas wręcz z letargu okrzykami o niemal odlatującym już naszym samolocie. Wydawało mi się to dość nierealne, ale posłusznie choć niechętnie poczłapałam śladem kolegów.

A tu kolejny szok. Na żadnej z tablic nie pojawiał się nawet najmniejszy donos o locie do Hong Kongu a już na pewno nie z wyjścia214. Przy wskazanej bramce nie było nikogo, za oknem padał deszcz tworzący drobne kałuże na pustej płycie lotniska.

Odleciał! - to było jedyne skojarzenie, tłumaczące zaistniałą sytuację. Jednak pozostał cień nadziei. Simson z Irkiem nie dali za wygraną. Nie opuszczając ani na krok obsługi lotniska w postaci jednej, drobnej Turczynki wymusili na niej pewne szczegóły. Efektem dochodzenia był potwierdzony fakt, że jednak mamy jeszcze szansę na kontynuację naszej wyprawy. Lot THY 070 został zapowiedziany na 6:00 rano, wyjście nr 214.

Przegonieni wcześniejszymi błędnymi informacjami głośno skomentowaliśmy upadającą, niczym głaz z urwiska, reputację lotniska. Doszłam jednak do wniosku, że to i tak już nic nie zmieni i w nadziei, że ów lot o 6.00 rano rzeczywiście jest realny złożyłam się niczym kot do snu na zaprzyjaźnionych kanapach. Wcześniej pożegnaliśmy odlatujących do Kabulu żołnierzy.

I tak dotrwaliśmy do 5:20. Słuszna decyzja na wczesno-poranny prysznic twarzy zrobiła swoje. Nieco bardziej przebudzeni z niemały zdziwieniem przyglądaliśmy się zebranemu tłumowi ludzi przed wyjściem 214, który tak jak my czekał na opóźniony lot. Nasze szanse zatem rosły z każdą chwilą. I w momencie odprawy ok. 5:55 wiedzieliśmy, że uda nam się kontynuować podróż.

Nasz odlot opóźnił się niestety o kolejną godzinę, choć już w tej chwili dla nas, siedzących na całkiem niezłych miejscówkach, nie miało to już większego znaczenia. I tak ten lot uznaliśmy, z przyczyn oczywistych, za nasz pierwszy nocleg w Hong Kongu i jedynie troska o pozostawione na Okęciu bagaże przesłaniała radość podróży. Podtrzymując się nawzajem w nadziei spotkania się z nimi za jakieś kolejne trzynaście godzin, wzbiliśmy się w powietrze AIRBUSEM 340.

W oczekiwaniu na pierwsze śniadanie ucięliśmy sobie krótką drzemkę. Miła, a co więcej bardzo ładna i przystojna obsługa samolotu, raz po raz umilała nam godziny lotu. W efekcie przyjęliśmy dwa posiłki, pewną ilość płynów od piwa poczynając po soki, wodę, herbatę na kawie kończąc. Nie zapomnieliśmy też o sesji zdjęciowej gór we wschodniej Turcji. Widoki, jakie przyszło nam oglądać przez małe okienka samolotu, rekompensowały wiele. Mam nadzieję, że udało się nam choć fragmenty ośnieżonych szczytów, rozdzielonych przez spowite gęstymi chmurami doliny. A wszystko to przy udziale rozpalonych promieni słońca.

Kraina Królowej Śniegu - to musiał widzieć Andersen zamierzając pisać swą kolejną baśń.

Lot trwał, przemierzaliśmy rejs na wysokości 9500 m, przy prędkości 940km/h w temperaturze zew. -70 st. i długości trasy ok. 8500 tys. km.

<pozostała>

Wizyta w Bankoku ograniczyła się do wyjścia części pasażerów i pojawienia się sprytnej załogi sprzątającej. Ta zaś w szybkim tempie wymieniła wszelkie zanieczyszczenia na pachnące świeżością białe worki. Po niespełna 20minutach nasz gościnny samolot uniósł się ponownie w powietrze i skierował swój kurs na wyspę sąsiadującą z Hong Kongiem. Oczywiście ponownie zostaliśmy uraczeni kolacją, tym razem w stylu azjatyckim, spokojnie oczekując momentu lądowania.

Teraz, będąc już na płycie lotniska, zostaliśmy mile zaskoczeni pogodą o dość przyjemnej aurze i z nadzieją w oczach podeszliśmy do punktu wydawania bagaży. Radość wywołana widokiem naszych plecaków była ogromna. Szybko zaopiekowaliśmy się nasza własnością i wyruszyliśmy na poszukiwanie wygodnych kanap aby dokończyć nocleg. Nie zajęło nam to zbyt wiele czasu i po chwili zaadaptowaliśmy rząd błękitnych foteli rozbijając kolejny lotniskowy biwak.

Szybka orientacja w terenie pozwoliła na gustowne zakupy w postaci zielonej herbaty na zimno z Pokemonem oraz piwa o nazwie „Huj” we względnie przyzwoitej cenie, smaku i pojemności. I tak, mniej więcej ok. drugiej w nocy, rozpoczęliśmy pierwszy dzień w Hong Kongu, a że poprzedni dzień trwał zaledwie cztery godziny, ze względu na lot w przeciwną stronę do kierunku słońca, to tym razem postanowiliśmy go nadrobić. Przy wtórze słów: „hej młody junaku smutek zwalcz i strach...” intonowanej co chwila przez Magistra omawialiśmy skrupulatnie plany marszruty. I tak ok. 5:30 wyruszyliśmy na przystanek miejscowego MPK i po kwadransie siedzieliśmy w wygodnym piętrowym autobusie z uprzejmym kierowcą i udaliśmy się do centrum.

To co widzieliśmy po drodze zakrawało o nieistniejące cuda techniki. Magister raz po raz wpadał w nieukrywany zachwyt, twierdząc że to nie jest normalne że drogi są takie proste, czyste , uporządkowane i w ogóle. Technika opanowała ten fragment świata całkowicie. Poranna, godzinna przejażdżka autobusem linii E23 po wsch. części Hong Kongu dobiła nas zupełnie. Jechaliśmy z lotniska, znajdującego się na usypanej w tym celu wyspie, szerokimi autostradami, ogromnymi podwieszanymi mostami, łączącymi sztuczny twór wyspiarski z centrum. Wokół nas roztaczały się kosmiczne widoki tego wszystkiego co, wydawałoby się nierzeczywiste a jednak prawdziwe i zapierające dech. Kolejno mijaliśmy potężne, sięgające chmur blokowiska z niezwykle modernistyczną architekturą, tunele pełne rozświetlonych reklam, błyszczące budynki z niemal ożywionymi wystawami sklepowymi... trwaliśmy w zdumieniu.

Siedzieliśmy na górnym pokładzie naszego autobusu i wielkimi oczami obserwowaliśmy poczynania naszego kierowcy w plątaninie dróg i uliczek, co chwila komentując dziwne dla nas zjawisko ruchu lewostronnego. Największy ubaw mieliśmy na rondach i zakrętach. Sposób lewostronnego wsiadania do pojazdu też niejeden raz wprawiał w zakłopotanie zwłaszcza Magistra, który przyzwyczajeniem polskim oczekiwał otwarcia drzwi po prawej stronie a tu nic. Dodatkową zmyłą był fakt, że drzwi wejściowe otwierały się po lewej a wyjściowe znajdowały się pośrodku z prawej. Zaiste zawile to było.

Prześcigając się w zachwytach i komentarzach dotarliśmy na polecaną w temacie noclegów ul. Natham road. Wysiedliśmy pod jakimś piętnastopiętrowym zużytym już trochę budynku rozprawiając o 7:00 nad ranem o poszukiwaniach hotelu. Decydując, że przed kolejnym etapem podróży wystarczy nam jeden lub dwa noclegi, postanowiliśmy wejść do pierwszych lepszych drzwi i coś osiągnąć. Było nie inaczej.

Wędrówka windą i schodami przez około 30 min. okazała się dużym sukcesem. Co prawda pobudziliśmy niemal wszystkich właścicieli mieszczących się tu hoteli, bo należy zauważyć że co piętro to inny hotel, ale w efekcie znaleźliśmy przytulny „gesthouse” na dziesiątym piętrze za cenę o 1/3 mniejszą niż tą co oferowali nam pozostali, prześcigając się w supermega ofertach. Zrzuciliśmy tylko plecaki i już około 8.00 postanowiliśmy ruszyć na podbój Hong Kongu.

Pierwszym punktem programu było odnalezienie konsulatu Kambodży celem nabycia wiz. Zwiedzając okoliczne wystawy, przytłoczeni ilością i wielkością reklam dotarliśmy do portu. Chwilę zajęło nam zlokalizowanie owego biura, w czym niewątpliwie pomogły nam miłe panny z informacji turystycznej. Tym sposobem już wjeżdżaliśmy windą na szóste piętro szacownego Star Hause i w ciągu godziny znaleźliśmy się na terenie Kambodży. Oddaliśmy wszelkie potrzebne dokumenty łącznie ze zdjęciami w celu uzyskania pozwolenia na wjazd. Tymczasem, ku swojej rozpaczy, Magister owych zdjęć zapomniał i puścił się biegiem do hotelu, a my tworząc atmosferę petentów w efekcie naszego gadulstwa mieliśmy wizy już po pół godzinie, tudzież roztargniony Magister po 10minutach. Nie był to jakiś spektakularny sukces, bowiem normalny czas oczekiwania wynosił 1 godzinę, ale i tak cieszył.

Pogoda, jak na wakacje w tropikach, nie rozpieszczała nas zbytnio. Ciężka mgła spowiła wyspę. 50-ciopiętrowce zginęły w chmurach. Staliśmy na nabrzeżu nieco zawiedzeni, ale jakoś zdecydowaliśmy się przepłynąć na drugi brzeg. I słusznie. Poruszając się między biurowcami, hotelami, bankami i wszystkim innym o wysokości większej niż średnica 120 m, stanęliśmy nagle u bram jednego z największych wieżowców świata. Drobiazg, 82 piętra, czułam się taka malutka. Mam tylko nadzieję, że zdjęcia oddadzą potęgę tego masywu.

Trzeci punkt programu to góra Wiktorii. Pomimo nieco zachmurzonej aury zdecydowaliśmy się jednak wjechać na szczyt kolejką szynową. I było to kolejne dobre posunięcie. Wagonik wspinał się po 45-stopniowej stromiźnie i odkrywał przed nami niezwykłe widoki. Stojąc na szczycie mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę wyspy. Drogę powrotną postanowiliśmy przebyć starym szlakiem sprzed lat. Początkowo mieliśmy pomysł, żeby na ową górę wejść pieszo, ale zejście często bardzo strome utwierdziło nas w przekonaniu, że warto było zainwestować w bilet na kolejkę. Podczas spaceru nie mogliśmy się nadziwić, jak w takim krajobrazie modło znaleźć się tyle drapaczy chmur, przyklejonych do stromych zboczy, z wykorzystaniem każdego metra na ich wybudowanie, mających po czterdzieści pięter. Z upływem czasu przyzwyczailiśmy się do otaczającego nas krajobrazu. Wróciliśmy do portu, tym samym sposobem przedostaliśmy się przez cieśninę do centrum. Trzy godziny w hotelowych pokojach niczym 20min.upłynęło nam we śnie. Byliśmy naprawdę zmęczeni. Nasz dzień trwał już czternaście godzin, należał nam się odpoczynek. Jednak około 19:00 znów byliśmy gotowi do szturmu miasta, tym razem z jego wszelkimi nocnymi urokami!

Na początek trafiliśmy na nocny, uliczny targ, gdzie co chwila wpadaliśmy w zdumienie nad oferowanymi produktami i usługami. Mnie i Simsona po wyprawie do Pekinu nic już nie mogło zaskoczyć. Dawno stwierdziliśmy, że nie ma na świecie rzeczy, która nie zostałaby wyprodukowana w Chinach. Właściwie to czuliśmy się jak na stadionie dziesięciolecia choć ceny nadal były z Hong Kongu.

W poszukiwaniu informacji o promach do Makao dotarliśmy do portu, jednak pomimo naszej wielkiej nadziei wszystko było pozamykane. Wobec zaistniałej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak ciągłe upajanie się nocnym życiem miasta. Wróciliśmy w okolice targu, gdzie nasze drogi na moment się rozeszły. Simson z rodziną poszedł pałaszować owoce morza, my natomiast ponownie zlustrowaliśmy stoiska , gdzie spotkaliśmy naszą obsługę samolotu. Krótkie, acz treściwe komentarze na temat sposobu życia na wyspie ludzi imających się wszelkich zajęć, umilały nam wieczorny spacer do domu. W hotelu kończyliśmy wymianę spostrzeżeń wspomagając rozmowę rozrobionym z colą whiskaczem.

Decyzja o zmieszaniu płynów był podyktowana praktycznym podejściem do sprawy, żeby było równo. I tak w atmosferze wzajemnego zrozumienia około godz. 1:30 oddaliśmy się błogim marzeniom sennym.

29.01.05 (sobota)

W założeniu pobudka miała być o 8:00 rano, w rzeczywistości wstaliśmy o zgrozo o 12:00. Większość sobotnich planów wzięła w łeb. Nieco ponaglani przez obsługę hotelu zwijaliśmy w pośpiechu biwak. W ciągu godziny byliśmy wykąpani, spakowani i gotowi do dalszej podróży. Już z plecakami podjęliśmy marsz w stronę zaprzyjaźnionej informacji turystycznej. Tam niestety musieliśmy zupełnie zweryfikować nasze plany. Rezygnacja z podróży do Makao trochę nas rozczarowała, ale gdy dowiedzieliśmy się o problemach z wydostaniem się stamtąd zwłaszcza w weekend, podjęliśmy kroki w innym kierunku. Zdecydowaliśmy się nabyć bilety na przejazd jeszcze tego samego popołudnia do Kantonu. Cena zdecydowanie pozytywnie nas usposobiła do następnego etapu podróży i po dotarciu na odpowiedni dworzec i pozbyciu się bagaży w tutejszej przechowalni, udaliśmy się galopadą po zakupy na drogę. W ostatnich dosłownie minutach wróciłyśmy z Weroniką z siatkami pierogów ponaglane już przez Simsona sygnałami z telefonu.

Podróż toczyła się nadal. Opuszczając gościnny Hong Kong za dnia po raz kolejny wyrażaliśmy swój podziw nad niezwykłym industrialem stworzonym, na częściowo usypanej wyspie, przez człowieka. A to wszystko w nieodległej trzydziestoletniej przeszłości. Przedziw! Ogromne sięgające nieba mieszkalne bloki, tworzące regularne osiedla, wzbudzają wrażenie kosmicznego krajobrazu. Krajobrazu, który od czwartego wzwyż został pozbawiony czynnika ludzkiego, wypełniając przestrzeń szkłem i betonem. Całe miejskie życie, często o absolutnie zadziwiającym zagęszczeniu skupiało się bowiem na poziomie ulicy, niemal przez 24h. Także w portach , na dworcach i na przejściu granicznym, gdzie w tym ostatnim było nam dane za uczestniczyć osobiście.

Według panujących zasad przekraczania strefy granicznej, zabraliśmy nasze bagaże i udaliśmy się w stronę odprawy paszportowej. Jako pierwszą wypełniliśmy deklarację o braku kontaktu z Sarsem, następnie po odczekaniu w kolejce do odprawy dostaliśmy kolejny papier do wypełnienia - deklarację wjazdu na terytorium Chin. Pokonaliśmy zawiłe, biurokratyczne wymogi celne i ponownie rozgościliśmy się w naszym autobusie nr 32. Pozostałą część drogi przebyliśmy, oddając się fragmentami dla relaksu, sennym marzeniom, rejestrując po drodze jednak pewne ciekawe zjawiska jak parking dla koparek czyli koparking.

W mglistej sennej scenerii dotarliśmy do Kantonu, który w łudzący sposób z początku przypominał nam Hong Kong. Równie oświetlony, z wysokimi blokowiskami przestrzennie rozsiany gigant. Jako przystanki autobusowe zostały zaadoptowane parkingi pod dwoma reprezentacyjnymi hotelami w mieście. My ,według wskazań pani z info , wysiedliśmy przy drugim umiejscowionym bliżej dworca kolejowego. I tu się za autobusu oczywiście nawet przez chwilę nie czuliśmy się osamotnieni. Zaciągnęłam informacji w butiku pobliskiego pasażu i ustaliłam Lokalizację dworca. W tym czasie otoczyła nas opieką lokalna para uprzejmych naganiaczy, którzy od tego momentu nie opuścili nas ani na krok. Pierwszym jednak gestem co nie przysporzyło nam sympatii, był wskazany przez nich widok kłębiącego się po drugiej stronie ulicy milionowego tłumu, twierdząc że jest to kolejka do pociągu.

Zmobilizowałam jednak naszą grupę i ruszyliśmy w kierunku dworca. Para z nami. Wzbudzając niemałą sensację pojawieniem się białego człowieka wieczorową porą zmierzaliśmy uparcie do celu. A cel zwalił nas z nóg. Spory budynek PKP, czytaj CKP był w posiadaniu hektarowego placu, który ku naszemu zbaranieniu obstawiony był metalowymi barierkami i licznie występującym wojskiem. Pilnowali oni czterech milionów ludzi koczujących na każdym wolnym miejscu. Dorośli, dzieci , paczki, walizki, worki itp. szczelnie wypełniało spowity w wieczornej mgle plac. A pośród nich my, niewątpliwie największa atrakcja minionych miesięcy. Sześciu białych dźwigający olbrzymie plecaki, co chwila wybuchających śmiechem, zgrabnie lawirujących pomiędzy kępkami ludzi. W ten sprytny sposób dotarliśmy do kolejki do wejścia na dworzec. Cierpliwie wyczekaliśmy momentu i z pewnymi przywilejami znaleźliśmy się wewnątrz. Tu wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.

Przy zdecydowanie nieocenionej pomocy naszej zaprzyjaźnionej pary ustaliliśmy, że dziś pociągu nie ma, biletów na kolejne dwa dni również nie. Ludzie! Tego się spodziewaliśmy, ale liczyliśmy na przychylność losu. Taka objawiła się w pertraktacjach naszej przewodniczki i panny z okienka kasowego. Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że następnego ranka o 5.00 meldujemy się przy kasie po bilety na CKP w ilości sztuk dwie, ponieważ jedna osoba mogła zakupić jedynie trzy bilety.

Nie tracąc nadziei odwiedziliśmy pobliski dworzec autobusowy, gdzie podobnie usłyszeliśmy, że autobus może być dopiero o 9:50 rano w cenie 250 Y, co stanowiło zupełny brak konkurencji wobec pociągu o 16.02 za 94 Y. Tym sposobem dość przypadkowo pojawił się plan zwiedzenia Kantonu. No cóż, plany są po to żeby je zmieniać. Zrezygnowani niepowodzeniami komunikacyjnymi, przyjęliśmy ofertę hotelową naszych opiekunów.

Prowadzeni „jedwabnym szlakiem” dotarliśmy do dużo wcześniej nagranego noclegu. W hotelu o tajemniczej nazwie, którego nie namierzyliśmy w naszym przewodniku złożyliśmy swoje bagaże, uprzednio dokonując wymiany waluty. Bez ociągania udaliśmy się na zasłużoną kolację. Uliczny bar z gościem wymachującym ciastem na makaron, technika poznana już we wcześniejszej podróży po Chinach stał się naszą „gospodą u Alfreda”. Niezwykłe, świeże, gorące danie w postaci chińskiego spaghetti z rewelacyjnym sosem w klimatycznym wnętrzu ukoiło nasz głód. Kolacja tym bardziej okazała się rewelacją, mogąc być praktyką terenową dla Włochów w temacie makaronów, gdzie za sześć wspaniałych dań zapłaciliśmy 6$. Urzeczeni nie po raz pierwszy chińską gościnnością zostawiliśmy drobny napiwek, którego nawet nie chcieli przyjąć, więc uciekliśmy czym prędzej.

W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy o zabarwiony lokalnym klimatem sklepik, gdzie zaopatrzyliśmy się w piwo i siatkę przedziwnych owoców. Z tym wszystkim wdrapaliśmy się na nasze piąte piętro i w pokoju 503,czyli moim i Simsona, dokonaliśmy otwarcia pierwszego noclegu w Chinach. Spożycie tutejszego piwa uzupełniliśmy kolorowym deserem owocowym o zmiennych walorach smakowych oraz próbą skosztowania chociażby po kropli dziwnego trunku o przedziwnej nazwie, w malutkiej buteleczce w kształcie zmywacza do paznokci i takim też smaku. Niestety ów trunek nie znalazł uznania w naszych gustach i zajął poczytne miejsce w koszu na śmieci. Spotkanie pomału dobiegało końca. Jakoś tak dziwnie wyszło, że z Simsonem zdecydowaliśmy się rano powstać i zdobyć bilety na pociąg. W tym heroicznym czynie Magister podjął z nami to wyzwanie. Jak kładliśmy się spać do pobudki zostało 3.55h,gdy Simson wyskoczył z łóżka dla zażycia lariamu, długość snu skróciła się do 3:45h.

Nawet nie poczułam tego snu. Kiedy rano zadzwonił budzik, z wielkim bólem otwierałam oczy. Kończyłam myć zęby, kiedy Magister pojawił się w naszym pokoju. Ruszyliśmy przed siebie. Początkowo w ciszy ulic zbliżaliśmy się do celu. Im bliżej dworca tym bardziej uczestniczyliśmy budzącym się do życia Kantonie. Dochodząc do celu, poczuliśmy się nieco rozczarowani brakiem milionów na nasze powitanie. Honory miasta wykazała natomiast zwarta kompania wojska, których poszczególni członkowie w dość sympatyczny sposób potraktowali naszą chyba trochę dziwną dla wielu tubylców obecność. Bez udziału w tworzących się kolejkach dotarliśmy do głównej sali wyposażonej w 52stanowiska kasowe. Zasięgnowszy języka u młodego, wysokiego wzrostem niekoniecznie rangą, policjanta ustawiliśmy się w odpowiedniej kolejce do kasy numer 32. W czasie oczekiwania na ruchy w kolejce Simson wykazywał pewne nerwowe zaangażowanie w kombinatorstwo. Obserwując rzeczy dziejące się przy okienkach zaryzykował atak na kasę numer 46. Z połowicznym sukcesem, jednak musiał dać za wygraną. Miły człowiek po drugiej stronie lady robił co mógł, żeby od tyłu wykupić bilety, ale się nie udało. Efektem jednak tej współpracy był fakt ominięcia kolejki do okienka nr 32 i zakup oczekiwanych biletów po sąsiedzku w 31. Dodam tylko, że wraz z nami w owych kolejkach stała 1/7 miasta nie bez zdziwienia obserwując nasze poczynania o 5:45 nad ranem.

Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie przysmażanymi pierogami i piwem w tradycyjnej jadłodajni i czym prędzej udaliśmy się do hotelu. Około 7:00 ja już z powrotem spałam, ale po trzech godzinach obudziła mnie Weronika owocem „Riczi”. Była 10:00 i należało jakoś kontynuować ten, jak się niedługo miało okazać, najdłuższy dzień naszej wyprawy. Spakowane plecaki zostawiliśmy w zamkniętym na kłódkę pomieszczeniu przy recepcji i sprawnie ruszyliśmy w miasto. Na naszej drodze kolejno pojawił się park wodny, który przede wszystkim stał się miejscem ćwiczeń Tai Chi dla leciwych wiekiem Chińczyków. Następnie wędrując ulicami Kantonu znów natknęliśmy się na przedziwną kolejkę ludzi, ciągnącą się przez kilka kilometrów w kierunku bliżej nam nie znanym. Przed ostatnim etapem naszego pobytu w Kantonie trafiliśmy na halę hurtowego handlu, gdzie szybko zorientowaliśmy się, że głównym odbiorcą owych dóbr są Rosjanie. A dowodem na to były wszechobecne szyldy informujące o możliwości nadania cargo w tamte rejony.

Dotarliśmy do hotelu. W sąsiadującej, chyba arabskiej knajpce, oddaliśmy się przyjemnościom spożycia grilowanego mięsa, zagryzając wielkimi jak pizza podpłomykami tejże kuchni. Pamiątkowe zdjęcia, kilka refleksji i już staliśmy zwarci i gotowi z plecakami przy recepcji. Ruszyliśmy na dworzec z zamiarem zdobycia upatrzonych z góry pozycji w pociągu. Zaopatrzeni niewątpliwie w najcenniejszy papierek, jakim był bilet ze wskazaną miejscówką, po przejściu czterech kontrolnych bramek znaleźliśmy się na sali w oczekiwaniu spełnienia się cudu.

Wraz z nami w oszklonym pomieszczeniu cierpliwie trwało w cichych rozmowach kilka setek osób, dla których stanowiliśmy ciekawy punkt komentarzy a zapewne też docinków. Nasi koledzy już niejednokrotnie wykazali się znajomością chińskiego, interpretując przekazywane komunikaty. Tłumaczenie było dość swobodne i głównie tyczyło się nas - białych, którzy zapewne przez pomyłkę trafili w te strony. Rozłożyliśmy się na podłodze przy bramce nr 1. Jak się już wkrótce okazało był to bardzo dobry ruch. Biwakowy kwadrans na karimatach spędziliśmy wspominając minione godziny jak np. przedziwna scena na dworcu, gdzie di grupki osób oczekujących na bieg wydarzeń, przemawiała dworcowa pani przy użyciu megafonu z odległości 0.7 m. ten uznaliśmy zdecydowanie za dość atrakcyjna pamiątkę z Chin.

No i nadszedł długo oczekiwany moment. Poruszenie wśród pasażerów wzbudziło naszą czujność. Zwartym plutonem obsadziliśmy upatrzone pozycje i za tłumem ruszyliśmy na peron. W popłochu dopadliśmy pociągu. Należało jeszcze odnaleźć odpowiedni wagon. Puściliśmy się biegiem, z plecakami na plecach, co wzbudziło salwę śmiechu i oklasków wśród batalionu obsługi kolejowej, bacznie obserwującej wydarzenia. Nasz galop początkowo rozpoczęliśmy z zupełnie złym kierunku i dopiero jak zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak z numeracją wagonów , zrywem godnym najlepszych koni na Wielkiej Pardubickiej, rzuciliśmy się w stronę przydziałowego lokalu tamtejszego PKP z nr 12.

Oczywiście ta szalona pogoń tak naprawdę nie miał sensu, bowiem bilet nosił ślady pociągu ale i odpowiedniego numeru miejscówki. Jedynym cennym osiągnięciem tej sztafety był fakt, że w wagonie mieliśmy gdzie położyć plecaki. Pozostałe miejsca zostały obsadzone tutejszą gawiedzią, która ciągnęła za sobą cały dobytek. Kupując bilety w najtańszej opcji spodziewaliśmy się najgorszego. Po wyprawie do Chin, że klasa tzw. „hard seaterów” to zwykła rzeźnia. Tak też nastawiliśmy wszystkich na owe, czekające nas zjawisko. I o zgrozo cóż za rozczarowanie. Weszliśmy do wagonu z miękkimi siedzeniami w błękitnych pokrowcach, białych zagłówkach i stolikiem między nimi. Nie pojęte. W tak miłych okolicznościach przyszło nam spędzić najbliższe 14h życia!

Z początku zupełnie przyjemna podróż przeobraziła się jednak z nastaniem nocy w pewien dotkliwy dramat. Po sześciu godzinach siedzenia na zdecydowanie nie przystosowanych do rozmiarów europejskich ciał miejscach, zaczęliśmy przyjmować coraz to dziwniejsze pozycje żeby złapać choć trochę snu. Raz po raz wzmacnialiśmy się zieloną herbata a jej spożycie na tyle nas pobudziło, że w końcu odpuściliśmy bezskuteczna walkę ze snem i poczyniliśmy zabiegi przygotowawcze do gry w tysiąca. Efektem każdorazowej nocy były cztery partie gry i pół godzinny sen przed dojechaniem do celu. Te kilkanaście godzin posłużyło nam również jako dociekliwa obserwacja życiowych zachowań Chińczyków.

Wnioski:

- poziom decybeli w rozmowie dwóch osób stojących w odległości 1,5 m sięga absurdu

- poziom zaangażowania w kulturę osobista w temacie czystości, praktycznie żaden, podłoga pod stolikiem u naszych sąsiadów nad ranem przypominała „niesmaczne” wysypisko śmieci (oczywiście im to zupełnie nie przeszkadzało)

- poziom skrępowania podglądaniem nas podczas gry w karty właściwie zerowy, aż dziw że się w końcu nie dosiedli, co tym razem nam by nie przeszkadzało.

Całość podróży umilaliśmy sobie stałym elementem wyprawy czyli napojem wysoko procentowym, jeszcze z Polski rozrobionym lokalnym Spritem.