13 lipca - 27 lipca 2004

one
one one
…Aśka wyjęła pożyczoną białą chusteczkę higieniczną i zaczęła nią nerwowo potrząsać, stojąc na peronie lubelskiego dworca. Wzruszenie? Mimo to jej widok zdecydowanie nas rozczulił. Po przeróżnych perypetiach nasza wyprawa do Rumunii doszła wreszcie do skutku. Czuliśmy się trochę osamotnieni, gdyż pierwotne plany zakładały nieco szersze grono pasjonatów wakacji, w efekcie zostałam ja z Piotrem. Pożegnania trwały cały tydzień w coraz zabawniejszej atmosferze.

…Podróż pociągiem do Przemyśla minęła, zwłaszcza mi, dość szybko – spałam. Nie będę opisywać snów, były przyjemne. Przesiadkę w Przeworsku wykorzystaliśmy na oględziny mojej opuchlizny na lewej łydce. Jakiś dywersyjny entomologiczny wróg ludzkiej populacji pożywił się moją krwią, zostawiając sobie bolący obrzęk, który z każdą chwilą coraz bardziej utrudniał mi chodzenie. Efektem zachodzących zmian była wizyta w przemyskim szpitalu, do którego dotarliśmy z uprzejmym kierowcą taxi Galicja. Chwilę wcześniej odebraliśmy rezerwowane bilety na dworcu PKS u dyżurnego ruchu.
Mimo że był to 13 lipca wszystko układało się bez większych zakłóceń. Wrócę na chwilę do naszego schroniska które bardzo miło nas zaskoczyło. W wieczornej poświacie, na tle wzgórza, stał otoczony piękną zielenią dworek, który miał stać się naszym pierwszym domem. Uprzejmy, młody człowiek powitał nas w progach schroniska, wskazał pokój i dał kilka wskazówek w temacie poszukiwania pogotowia.
Wizyta w szpitalu, notabene pośród bardzo uprzejmego konsylium lekarskiego zaowocowała wielkim opatrunkiem na nodze z rywanolem, zastrzykiem na ewentualność tężca, bardzo miłą rozmową i troską ze strony personelu o moje dalsze losy. Chyba wzbudziłam powszechną sympatię w szpitalu, czego efektem końcowym był uprzejmy autochton, który srebrnym mercedesem odwiózł mnie ze szpitala do schroniska, gdzie czekał na mnie Piotr. Długo jeszcze nie kładliśmy się spać, starając się poukładać elementy (puzzle) dzisiejszego dnia. Ale kiedy Piotr stwierdził, że ustawia budzik na 5:45 od razu znalazłam się w łóżku… Taka pobudka pierwszego dnia wakacji zupełnie nie mieściła się w moich planach…
Ale wstaliśmy. Po szybkiej reorganizacji wydarzeń w pokoju ok. 6:45 wyruszyliśmy w kierunku dworca PKS. Dwudziesto - minutowy marsz, w czasie którego wzbudzałam wystarczającą sensację, idąc dziarsko z wielkim plecakiem i nie mniejszym opatrunkiem na nodze. wyraźnie obudził moje zaspane oczy. Już widziałam rzesze odważnych mężczyzn rzucających się do pomocy a już na pewno wzruszenie kierowcy autobusu do Suczawy i propozycję miejsca leżącego w czasie podróży…
Dotarliśmy na dworzec, na stanowisku nr 1 stał niebieski, nadgryziony zębem czasu autobus, z bardzo polską – młodą zawartością. Rzuciliśmy plecaki do bagażnika i zajęliśmy strategiczne tylne rzędy. Mieliśmy dla siebie 5 miejsc w ostatnim rzędzie, ulokowaliśmy się pomiędzy wielkimi pakunkami rozkoszując się wielkością zajmowanej posesji. Szybko zaadoptowaliśmy otaczające nas paczki i walizki jako podnóżki i tak po 40 minutach opóźnienia ruszyliśmy w stronę przejścia granicznego w Medyce. No i stoimy. Jakkolwiek Polacy pozbyli się nas szybko, Ukraińcy odczuwali niebywałą przyjemność w przetrzymywaniu wszelkich pojazdów pod swoimi, wątpliwej rządowej jakości oknami granicznego posterunku. Trwając w bezruchu odczekaliśmy 2 godziny w atmosferze wzajemnego zrozumienia, nas pasażerów. Kierowcy – przewodnicy starali się robić wszystko aby przyspieszyć ów ciągnący się w nieskończoności proceder, efekty były mizerne. Staliśmy dalej… W tzw. międzyczasie z naszego autokaru zaczęły wyjeżdżać tajemnicze pakunki (zalegające) wypełniające dokładnie kubaturę pojazdu. W szybkich ruchach kierowców i 3 pozostałych Rumunów szybko znalazły swoje nowe miejsca w żółtym Fordzie Taurusie na polskich numerach. Proceder był nam znany z opisów internetowych więc ze spokojem przyglądaliśmy się zamieszaniu, wskazującym na dobrze zorganizowany przemyt.
No i w końcu wraz z promieniem słońca wróciły nasze paszporty i mogliśmy rozpocząć kolejny etap podróży – przez Ukrainę.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Autobus co chwila wpadał w pełne niepokoju wibracje. Wszystko się trzęsło, zgrzytało, pyliło się z klimatyzacji a obijający się lejek do baku o gaśnicę dostarczał niezapomnianych wrażeń słuchowych. W celu zmniejszenia natężenia decybeli wpakowałam sobie kawałki chusteczek do wszelkich kanalików usznych, co na niewiele się to zdało. Kanonada wątpliwej przyjemności dźwięków orkiestry była imponująca. Jechaliśmy przez ukraiński kraj, po drogach które zapewne pamiętały wczesne lata początków wieku. Każdy następny kilometr upewniał w nas wrażenie uczestnika w niezapowiedzianym rajdzie Przemyśl-Suczawa, gdzie przy wtórze okrzyków, hej na przód, kto pierwszy, gazu .. wszyscy pędzili po drogach w istnym wyścigu szczurów. Nadwątlony technicznie autobus dotarł do Czerniowców a tu kolejny etap folkloru. Całe miasto jest wybrukowane kostką i sprawia wrażenie jakby drogi były budowane od początku z założeniem tworzenia się dziur. W chwili obecnej nierówności te uzyskały odpowiednie odchylenie od poziomu i wszystko wydaje się bardzo naturalne, dla nich. Moje wątpliwości zdają się nie współpracować z proponowaną wersją zdarzeń.
I tak siedem godzin, nie polecam. Kolejna odprawa, jesteśmy w Rumunii.

Zapomniałam dodać, że na 5 kilometrze przed granicą rumuńsko-ukraińską nasz cud-pojazd podtoczył się tyłem pod jakieś zabudowania skąd w tajemniczych okolicznościach zaczęły pojawiać się w naszym autobusie kolejne pakunki i siatki ze skrzętnie skrywaną zawartością. I tak w jakiś kwadrans staliśmy się regularną kontrabandą.

Granica rumuńska przywitała nas zmianą celników co zaowocowało ok. 1,5 godziny oczekiwania na odprawę. Ku zdziwieniu wszystkich wybebeszono cały autokar, wzbudzając tym bardzo widoczną naszą niechęć. I tak po kolejnej godzinie ruszyliśmy do Suczawy. Tu na miejscu, pozmienialiśmy walutę na powszechnie obowiązujące leje i pożegnawszy się z mieszkańcami autobusu ruszyliśmy w stronę centrum. Tam szybko złapaliśmy żądany maxi taxi do hotelu, którego co prawda nie było na planie ale fizycznie stał i gościł nas miłym pokojem z łazienką za 8 $. Przyzwoicie.

Zapomniałam dodać, że liczba pasażerów w naszym autobusie wraz z licznymi ich pakunkami na każdym większym postoju w zastraszającym tempie wzrastała. W efekcie końcowym nasze podnóżki urosły do wielkości 1,5 metra, co doprowadziło do tego, że nogi mieliśmy prawie pod sufitem. Jednak w tej fazie podróży ogarnęła nas już pewna obojętność i tylko jeszcze nieuzasadnione spacery po tym zapchanym pojeździe mogły wzbudzać u nas odrobinę irytacji

Sen przyszedł szybko, nie wiem po co Piotr nastawił budzik na 6:45, skoro pociąg oczekiwał nas dopiero o 11:30, no ale widocznie biedak nie może spać, ja wręcz przeciwnie. Z premedytacją wstałam o 8:30 (zaznaczam że mamy tu 1h+, czyli o 7:30, umyłam włosy, przeprowadziliśmy małą operację na nodze i już byłam gotowa na spożycie śniadania przygotowanego przez Piotra. Po wszystkich tych zbiegach zwolniliśmy pokój i udaliśmy się na stację. Po drodze zaopatrzyliśmy się w świeże pieczywo, rywanol, bandaż i oddaliśmy się spokojnemu oczekiwaniu na pociąg. Chwilą atrakcji była transakcja w aptece, gdzie w rozliczeniu reszty dostaliśmy 2 tabletki od bólu głowy, pani nie miała drobnych. Nie wiem czy tak wyglądaliśmy ale ja to już na pewno nie piłam (hi, hi).
Oczekiwanie i niecierpliwość narastały. Wraz z niemałym tłumem przetoczyliśmy się na peron. Otaczający nas ludzie stanowili pełny obraz wszelkich regionów kultur Rumunii. Pociąg się zbliżał, ludzie z pewnym poruszeniem zaczęli zbliżać się do torów. I zaczęło się. Wszyscy oprócz nas wiedzieli, że w 60 sekund należy wsiąść do pociągu, odnaleźć swoje miejsca i dopiero jechać. My odczytaliśmy zupełnie coś innego. Po prostu weszłam w pośpiechu do wagonu, do którego ludzie wsiadali z dwóch stron. Dopadłam jakiś pierwszy wolny przedział i wpakowałam się do środka i to był mój błąd. Jak tylko dotarł Piotr, ulokowaliśmy się pośród rezydujących już tam Rumunów. Nie trwało to długo. Jako że pociąg toczył się już jakieś 4 minuty myślałam, że właśnie udało nam się osiągnąć szczyt komfortu. O co za złudzenie!!! Po chwili w przedziale zapanował ruch nie mniejszy niż w londyńskim metrze ok. 7.30. Najpierw wchodziły wielkie pasiaste torby, za nimi rozjuszone, czarno odziane nadwyżki żywotne w postaci 70 letniej babci krzyczącej coś o jakimś prawie własności do owego przedziału. Za nimi wpadł nie mniej żwawo młody Rumun i dość wyraźnie gestami dał nam do zrozumienia, że siedzimy nie na swoich miejscach. Efekt był taki, że niemal wszyscy, którzy wraz z nami jeszcze niedawno zamieszkiwali gościnne lokum teraz poczuli smak samotności – bezdomności w zapakowanym pociągu. Ale jak nakazał zwyczaj, Piotr udał się w poszukiwaniu właściwych miejsc i po chwili znów mogliśmy się cieszyć bliskością brązowych-gąbczastych siedzeń.
Podróż nie przysporzyła nam większych atrakcji, wobec czego z przerwami zażywaliśmy błogiego snu. W momencie zbliżania się do Braszowa, staraliśmy się zrealizować nasz plan dotarcia do Brau – twierdzy przypisanej Vladowi Pułkownikowi – czyli samemu Księciu Draculi. Łatwo nie było. Na dworcu uprzejmy naganiacz, którzy oprócz kilku cennych informacji, chciał nas wciągnąć w niecne swoje plany zarobkowe odczekał z nami swoje i gdy pewna wysoka cena dotarcia do Brau nagle wzrosła, skrzętnie skorzystaliśmy z miejscowego MPK i w towarzystwie uprzejmych ludzi dotarliśmy na koniec miasta – wylotową drogę do Brau. Wraz z nami na „stopa” zaczaił się poznany wcześniej młody prawnik, który krótko wcześniej rozbił samochód i w oczekiwaniu na nowy uskuteczniał taki właśnie środek transportu. Szczęśliwie udało nam się takowy złapać i w radosnej rozmowie gdzie dowiedzieliśmy się że:
- studiował w Belgii,
- jedzie do cioci Rajnov,
- jest spod znaku Wagi itd.
Dotarliśmy do punktu jego przystanku. Z nieoczekiwanym żalem pożegnaliśmy się z przesympatycznym Rumunem i w chwilę później i my znaleźliśmy się na naszym kempingu u stóp zamku Draculi. 
Zbliżała się noc, mroczna i mglista zaczęła spowijać górującą nad nami twierdzę. Nieopodal nas stały w samotności zamknięte na głucho 3 namioty. Właścicieli nie było. Pomału szykowaliśmy się do biwaku. Rozłożyliśmy namiot, był bardzo przytulny. Gorąca kolacja rozgrzała nieco nasze stygnące w chłodzie ciała. Noc zapowiadał się zimna. I tak było. Raz po raz budziłam się z zimna, starając się dotknąć wilgotnych boków namiotu. Do rana było daleko. 
Zasnęłam, kiedy świtem z dużym uporem zaczęła wokół nas krążyć krowa z dzwonem Zygmunta na szyi. Ludzie, ten element folkloru zupełnie rozbawił! Początkowo planowaliśmy dość wczesną pobudkę, ale w obliczu znacznie nie sprzyjających okoliczności przyrody, gdzie nawet dla Piotra na dworze było zimno powstaliśmy znacznie później.
A poranek mnie dobił: 7°C i deszcz. Nie tego spodziewałam się po moich wakacjach w lipcu. Cóż było robić, gorąca tylko przez chwilę herbata, 2 kanapki porcja leków to wszystko na co można było liczyć na dzień dobry. Pochmurny nastrój udzielił się również naszym sąsiadom, w których dwoje było Polakami. Podjęliśmy szybką znajomość z Moniką i Adasiem. Okazało się, że są od tygodnia w podróży stopem przez Ukrainę. Ostatnie dwa dni spędzili w permanentnie padającym deszczu, dlatego ten poranek nie był na nich czymś nowym choć zgodnie stwierdzili, że był najzimniejszym. Wymieniliśmy cenne uwagi na temat podróży i użyczyliśmy im kilku cennych informacji o pogodzie. Mieliśmy, dzięki rewelacyjnej spisującej się w roli „donosicielki” Aśki, bowiem co dzień aktualne informacje na ten temat. Nasi znajomi dość odważnie podeszli do wyprawy po Rumunii, wyruszając bez mapy, przewodnika a jakiekolwiek info czerpali od spotkanych na szlaku ludzi jak od nas. W końcu nadszedł czas rozstania. My ruszyliśmy do zamku wujka, oni na zamek chłopski w Rasnovie, który był naszym drugim celem.
Komercja ogarnia swym ramieniem dosłownie wszystko. To już nie jest bilet wstępu ale też opłata za aparat i kamerę. Tragedia, ceny realne trochę odbiegały od podanych w przewodniku ale cóż, to było wliczone w ryzyko. To co zobaczyliśmy we wnętrzach twierdzy Vlada – Polovnika zmieniło nas do zabrania jednego aparatu. Gość nieźle mieszkał, sporo jadł… itd. – proponuję zdjęcia.
Po zakończonych oględzinach zamku, zeszliśmy do otaczającego go skansenu, gdzie w jednym ze zboczy odkryłam tajemnicze wrota. Niestety przerdzewiałe zamek nie pozwalał ruszyć ich nawet o milimetr.
Obejście pobliskich kramów i spożycie smakołyka-drożdżowego zajęło nam niespełna godzinę i ruszyliśmy w kierunku zamku chłopskiego w pobliskim Rasnovie. Oczywiście stopem. Znaleźliśmy się na krzyżówce, skąd wiejską drogą między polami, pośród łanów zbóż i swojskich zapachów dotarliśmy do miasteczka. Rąsnov zachwycił nas finezyjną architekturą domów o bardzo kolorowych fasadach, ale wszystkie o zgrozo od strony ulicy, miały pozamykane okiennice i szczelnie zabudowane wysokie bramy wjazdowe. Za nimi zwykle, jak udało nam się podejść królował porządek, czystość i niezwykła dbałość o detale w wyglądzie podwórza. Czyste, wybrukowane podjazdy do garaży, zielona trawa, kwiaty, ładne domy. Zastanawiałam się dlaczego to wszystko jest tak ukryte skoro i tak wszyscy się tu znają. Tradycja? Być może. Co i tak sprawiało, że miasteczko mogło się podobać.
Zostawiliśmy plecaki w pobliskiej szkole i udaliśmy się w stronę zamku. Po drodze minęliśmy w kolejności bardzo zachęcający, niedrogi kemping, który wyglądał jak wioska Smerfów, obok majestatycznie lśniły w słońcu korty tenisowe, naprzeciwko których rozpościerało się profesjonalne boisko do piłki nożnej. Za tym kompleksem wspinał się stromy podjazd do zamku. 
Wdrapaliśmy się na szczyt, stanęliśmy pod wrażeniem wielkości budowli.Za czasów świetności musiała to być rewelacyjna w architekturze, położeniu na szczycie wzgórza i zaskakującej organizacji zabudowy dziedzińca twierdza.
Po okresie świetności popadła w ruinę, gdzie dopiero dwa lata temu przedsiębiorczy Włosi podjęli się rekonstrukcji gigantycznej budowli. Jak na razie to dawny splendor odzyskał jedynie dziedziniec zachowując wygląd sklepu, kuźni, piekarni, studni (146 m gł.).Wschodnie i północne mury w chwili obecnej są poddawane ciągłym pracom rekonstrukcyjnym. Mimo to nam się podobało. Zwłaszcza, że na górze spotkaliśmy naszych znajomych Monikę i Adasia. Razem zeszliśmy niekonwencjonalną ścieżką do miasteczka gdzie na chwilę rozstaliśmy się umawiając się wcześniej na popołudniowe piwo.
My udaliśmy się w kierunku szkoły po plecaki i niedługo potem siedzieliśmy już razem na Rąsnovskim rynku. I tak upłynęły nam 2 miłe godziny na wymianie często zabawnych spostrzeżeń z różnych podróży. W tym czasie również w niebywały sposób objawiło nam się słońce. Zapowiadała się długo oczekiwana zmiana pogody. To nas wszystkich natchnęło sporym optymizmem.
Decyzje zostały powzięte. My zostajemy na campingu, raczej ze względu na moją nogę, oni ruszają w góry. Obie opcje okazały się już w niedługim czasie bardzo słuszne. Gościnny camping wkrótce zaroił się od weekendujących Rumunów, a wraz z nimi obok nas rozbiła się polska rodzina z Kluczy. Przesympatyczni ludzie. Gość był lekarzem, co mnie natchnęło pewnym spokojem co do oględzin nogi. Wieczór zapowiadał się sympatycznie. Poszliśmy na mały rekonesans do miasteczka, które ponownie urzekło nas swoim urokiem. W drodze powrotnej spotkaliśmy grupę 9 studentów, którzy z zamiarem pójścia w góry zdecydowali się zamieszkać na naszym campingu.
Piątkowy wieczór zaczynał nabierać koloru. Ja nafaszerowana antybiotykami jedynie z boku i na wodzie z milionem witamin mogłam uczestniczyć w rozwijającej się imprezie. Znajomy lekarz wyskoczył z miejscowym winem „Cotnari” , całkiem niezłym. Piotr w rewanżu wyciągnął znaną mi tylko z zapach wiśniówkę. I tak do północy. Ja ze spuchniętą łydką i nieco zawiedziona przyglądałam się tylko zmianom wypadków. No ale wszystko ma swój koniec, moje męczarnie w nocy zostały utulone snem.
Ranek powitał nas rewelacyjnie słoneczną pogodą. Oględziny nogi przez lekarza, dały podstawę zaplanowania górskiej wycieczki. Wybraliśmy pobliskie Busteni. Naturalnie stopem dość wypasionym dotarliśmy do Predeal a następnie na miejsce z bardzo uprzejmym autochtonem znaną już z ilości Dacią. Zaspokoiwszy głód w pobliskim fast-foodzie wspięliśmy się pod początkową stacje kolejki linowej. Tam odczekaliśmy swoje i znaleźliśmy się po jakiejś 1 h w wagoniku, który wiózł nas na szczyt ok. 2,000 m n.p.m. To co widzieliśmy po drodze spowodowało, że zastygłam w sobie. Rewelacja. W ciągu 15 min. jazdy raz po raz witały nas wysokie na 1,5 km zbocza nagich wapiennych gór poprzecinanych kanionami o podobnej głębokości. To wszystko przy współudziale wartkich górskich potoków sprawiało, że czułam się jak w innym świecie, a na pewno nie w Rumunii.
Dotarliśmy na szczyt. Reszta na zdjęciach, tego nie da się opowiedzieć. Całoroczny śnieg wciskający się w drobne dolinki, stada ‘trawersujących’ zbocza owiec, wapienne ostanice o przedziwnych kształtach, słońce, wolność i przygoda. Na pewno tu wrócę.
Nadszedł czas powrotu. Myślałam, że na dole odsłużyliśmy swoje, okazało się, że to tylko wrażenie. Tutaj w tłocznym, wąskim korytarzu, zakończonym stosem schodów spędziliśmy 2 upiorne godziny aż znaleźliśmy się w wagoniku. Powrót do miasta okazał się jak powrót do przeszłości. W pełnym uroku gwarze ulicznym odzyskaliśmy ducha cywilizacji. Bez pośpiechu przeszliśmy jedyną główna drogę, zachwycając się kolonialną architekturą domów i mnóstwem uprzejmych ludzi. I tak doszliśmy na skraj miasteczka w oczekiwaniu niebywałej jak zwykle okazji.
I ta się nadarzyła, ale jaka. Po dłuższej chwili, jakieś 10 min. kiedy wszystkie mijające potencjalne okazje posłaliśmy w diabły, nagle w naszą zatoczkę wpakował się kapitalny w swoim jestestwie Opel Frontiera, z trzema fantastycznymi gośćmi w środku. I tak po krótkiej dość rozmowie znaleźliśmy się w przytulnych, przemiłych, przystojnych i klimatyzowanych wnętrzach samochodu. Kapitalni ludzie, choć z początku mieli nas podrzucić do krzyżówki na Rąsnov, w trakcie jazdy zmienili zamiary i stwierdzili, że właściwie to zupełnie pasuje im jechać przez nasz camping. Nie ukrywam, że w trakcie jazdy wręcz wpadaliśmy sobie w słowa. Okazało się, że kierowca studiował geografię, co od razu wyczuł u mnie a poza tym był skąd inąd zachwycony podróżami po świecie. Oczywiście dobili mnie wizją swojej przyszłości i całorocznej wyprawy dookoła świata z konsekwencją porzucenia pracy. Genialne.
W połowie rewelacyjnej jazdy nagle na poboczu zobaczyłam dwa „małe” brunatne niedźwiedzie. Oczywiście zatrzymaliśmy się. Jeden coś jadł, drugi się nam najpierw przyglądał a potem podszedł do stojącego za nami samochodu. Tych samochodów było już z 5. W tym czasie oczywiście zachciało nam się zdjęć. Wyskoczyłam z samochodu, zrobiłam kilka ujęć, w tym jedno „czołowe”, choć misiowi to się chyba nie spodobało, bo tylko zagarnął żwir przede mną i dał mi do zrozumienia, żebym czym prędzej znalazła się w bezpiecznych wnętrzach Opla. Uczyniłam to niezwłocznie, choć z dziką satysfakcją fotoreportera.
Ruszyliśmy dalej, rozmowom nie było końca. Kiedy dotarliśmy na camping, znów jak zwykle ciężko było się nam pożegnać. Oczywiście zostały wymienione wizytówki i telefony. Ciekawe czy się jeszcze spotkamy? Chciałabym…
Nadszedł wieczór, przygotowaliśmy sobie sutą kolację i z myślą spędzenia wakacyjnej niedzieli, zasnęliśmy. A noce stawały się coraz cieplejsze… Poranek przywitał nas pięknym, czystym błękitem nieba i bardzo rozgrzewającym słońcem zza szczytów. Dla mnie był to ciężki dzień. Nie nawykłam na wyjeździe do takiej bezczynności. Dlatego ze zgrozą i podziwem patrzyłam na towarzyszącego mi w tym nieróbstwie Piotra. Gdybym tylko mogła i nie miała problemów z nogą już by mnie tu nie było. Zabójcza nuda. Nadrobiłam trochę zaległości w pisaniu , czytaniu i rozmyślaniu.
Gdzieś ok. 14 Piotr w końcu skapitulował i udał się do miasteczka. Z planowanych zakupów owoców i warzyw dostał jedynie wodę i 1 grapefruita. O zgrozo…
No cóż owoc ten i tak był rewelacyjny. I tak cały dzień. Wieczorkiem jednak zdecydowaliśmy się na małą zmianę noclegu, ze względu na fakt w perspektywie długiego „stopa” na wybrzeże i przenieśliśmy się do domku, żeby rano nie zajmować się składaniem namiotu. No i pierwszy raz dopadła nas mała dyskusja, o stan mojej nogi. Ja wiem, że od początku nie wyglądało to najlepiej ale oględziny lekarza były dość optymistyczną diagnozą. Uznaliśmy, że jeżeli stan nogi rano nie będzie lepszy to wracamy… no i rano po krótkim śniadaniu i pożegnaniach ruszyliśmy w kierunku Delty Dunaju.
Podróż mieliśmy 4-etapową. Pierwszego stopa po jakiś 10 min. złapaliśmy do Ploeşti, całkiem nieźle. Tir z lokalnego CPN-u z klimatyzowaną kabiną i świetnym kierowca mówiącym jedynie w 3 zupełnie obcych językach – rumuńsku, niemiecku i węgiersku. Do tego ostatniego w ogóle nie podchodziłam. W dwóch pierwszych udało nam się wymienić kilka śmiesznych uwag. Było wesoło i miło. I tak sympatycznie zorientowany w podróżach Rumun wysadził nas na drodze wylotowej do Buzań. Ochłonęliśmy nieco na stacji Shell’a i ustawiliśmy się w oczekiwaniu następnej okazji. Te mijały nas jedna po drugiej, aż po kolejnych 10 min. znów zatoczył się na pobocze Tir. Kolejne 80 km za nami, choć warunki jazdy na dużo gorsze przyszło nam zmienić. Nie ten standard a i słońce przypiekało niemiłosiernie. Ale dotarliśmy. Gość wysadził nas na stacji benzynowej, skąd trochę przez pomyłkę ruszyliśmy lokalny busem – Maxi Taxi -, zdawało nam się , że w stronę wylotu na Braiłę, ale trochę się to minęło z prawdą. Kazałam zatrzymać jadący w siną dal bus i piechotą dotarliśmy w okolice dworca. Tam pierwszego napotkanego kierowcę MPK wypytałam o kierunek i szansę wydostania się poza miasto. Okazało się, że jego autobus tam właśnie jedzie.
O opatrzności!!!
Wsiedliśmy z ulgą. Po kilku przystankach uprzejma bileterka wskazała nam właściwy kierunek i znaleźliśmy się dokładnie tam gdzie chcieliśmy. Na głównej drodze wylotowej do Braiły. Nie wiem czy staliśmy dłużej niż 5 min. gdy z piskiem opon zatrzymał się przed nami VW Passat-full wypas w srebrze. Gość początkowo nie wyglądał na takiego co zabiera obcych i to z plecakami z pobocza, ale chyżo wyskoczył, zrobił miejsce w bagażniku i już mknęliśmy, nucąc sen o dolinie. Od razu zostaliśmy uraczeni fantastyczną muzyką Vaya con Dios na pełnym odbiorze i nie przymierzając 120 km/h zbliżaliśmy się do celu. Jazda jakkolwiek bardzo szybka i fajna, a przed nami było 116 km, dała się we znaki. Gość niezły kierowca szarpał nieco całym swoim pojazdem jakby co chwila sprawdzał hamulce. Hamulce były sprawne, co niejednokrotnie dało się odczuć. Moje wnętrzności błagały o litość. Zmiłowanie nastąpiło jakieś 40 min. później. Z początku nasz Taxa dowiózł nas na dworzec busów, ale ostatecznie zdecydował się nas podwieźć do samej przystani. Miasto przez które jechaliśmy było ogromne, pełne ludzi, samochodów, pyłu i dość uciążliwego słońca. Czuliśmy zmęczenie, dlatego z tym większą wdzięcznością przyjęliśmy pomoc.
Przystań promowa nas zaskoczyła. Kilka kei do których zawijały różnej wielkości jednostki pływające, wolno pasące się konie i mnóstwo plażowiczów ze skutkiem zamaczania się. Podziwiałam tych ostatnich, bo w końcu wiadomo o raczej nie zalecanych kąpielach w delcie Dunaju. No cóż, są u siebie. Ale ten dość swojski obrazek trochę mnie rozbroił gdy znaleźliśmy się na pokładzie największego z pływających promów wraz z 6 Tirami, kilkoma mniejszymi pojazdami i pieszymi w liczbie 7 wraz z nami. Odbiliśmy od brzegu, kapitan zręcznie manewrował pomiędzy kąpiącymi się wczasowiczami. Cała przeprawa trwała ok. 15 min., słońce nie odpuszczało pomimo mocno popołudniowych godzin (ok. 16), piekło w plecy niemiłosiernie. Z ulgą zeszliśmy na ląd, skrzętnie chroniąc się w cieniu jedynego drzewka na poboczu na drodze w kierunku Tulcey. Mijające samochody napawały nas obrzydzeniem. Było późno. Chcieliśmy się jak najszybciej dostać do Tulcey. Potrzebowaliśmy pozwolenia wejścia na teren rezerwatu, a tu już 16:30, a przed nami 90 km. Mijali nas wszyscy, nadjechał bus do Tulcey, pełny, pełniusieńki. Ale kierowcy to nie przeszkadzało, pasażerom trochę, my byliśmy zrezygnowani. Cudem zostaliśmy zapakowani do środka i pojazd ruszył.
Różnie bywało w podróży, tym razem znów znaleźliśmy się w termicznym piekle. Dziwię się, że było czym oddychać. Nie dość tego, w następnym miasteczku dosiadły się 3 osoby na miejsce 1 wysiadającej – nie pytajcie mnie co się działo dalej. Przez kolejne 30 km trudno było mówić o kojarzeniu rzeczywistości. Gdzieś tak w połowie drogi, część ludzi wysiadła precz i w ten sposób mogłam zająć miejsce siedzące. Chyba tylko dzięki temu przeżyłam.
Znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w Tulcey. Oczywiście bez większych problemów znaleźliśmy usłużnego Tałę , który oferował niebywałą cenę za usługę dowiezienia nas na kamping w Murighiol oddalony o 45 km. Tak do końca nie odrzucaliśmy oferty, było późno. Najpierw musieliśmy znaleźć biuro przepustek do rezerwatu a następnie wymienić $. Na miejscu mogłoby być różnie. Oczywiście znów zupełnym fuksem dotarliśmy do owego biura na 20 min przed zamknięciem. Otrzymaliśmy żądany glejt i ruszyliśmy do centrum w poszukiwaniu kantoru. Na szczęście i ten udało nam się znaleźć. W supermarkecie i kurs był całkiem niezły, najwyższy do tej pory!!! Z wymienioną walutą, koszykiem zakupów, pełni optymizmu ruszyliśmy kierowani drogowskazami w kierunku Murighiol. Droga do celu pięła się niebezpiecznie w górę. Ale szliśmy, przed nami ostatni etap podróży. Stanęliśmy przy CPN-ie, czym oczywiście rozbudziliśmy niebywałą sensację na ulicy. Najbardziej zainteresowane nami, a raczej naszymi bagażami były 3 cyganki, z których każda „teoretycznie” rodząca i potrzebująca jedzenia. Nauczeni doświadczeniem staraliśmy się zakończyć niewygodną znajomość. W końcu odpuściły nic nie wskórawszy. Wtedy też zatrzymała się koło nas uprzejma Dacia z jeszcze bardziej uprzejmymi ludźmi w środku. Młody acz do rzeczy Rumun poinstruował nas, że lepiej będzie się trochę dalej przejść do końca ulicy. Tam bowiem jest rondo, gdzie o tej porze może być łatwiej nam coś złapać. Odbyła się ta nasza podróż w towarzystwie krzepkiej Rumunki z sąsiedztwa: jej syna z kolegą. Kobieta w trosce o nasze bezpieczeństwo przed Cyganami postanowiła nas odprowadzić do krzyżówki. To miłe. Wędrówka nasza zaowocowała rozmową o sytuacji ekonomiczno-społecznej Rumuni, ona w ojczystym języku, ja po rosyjsku, polsku i hiszpańsku. W ten sposób ustaliłam, że jest to dość biedny region, którego władze zupełnie nie potrafią wykorzystać bogactwa turystycznego regionu. Była tym bardzo rozgoryczona. Mijaliśmy też małą fabrykę- obecnie zamkniętą od 5 lat, jeziora, uroki delty, to wszystko na co mogli liczyć mieszkańcy okolicznych miasteczek. I tak też rozważając dotarliśmy do kresów miasta na kolejną ulubioną wylotową drogę do Murghiol. Robiło się późno. Minęło nas kilka samochodów. I nic. Cierpliwie wraz z naszymi opiekunami czekaliśmy na jakieś objawienie okazji. I objawiła się i to jaka. W naszą stronę wolno zbliżał się ambulans, ja opuściłam rękę na co unieśli ją Rumuni. Zdumieni patrzyliśmy jak karetka zwalnia, co więcej wyskoczyła z niej pielęgniarka i bez słowa oporu zaprosiła nas do środka. Trwając nadal w osłupieniu zauważyliśmy , że już wraz z bagażami, noszami , kołnierzami chirurgicznymi i kilkoma rzeczami czysto medycznymi jak kroplówka i tlen (wszystko to dość wątpliwej czystości) już brnęliśmy przez bardzo kiepską drogę w stronę kampingu. Trzęsło niemiłosiernie ale nadal byliśmy pod dużym urokiem naszego ostatniego dziś stopa. W pewnej chwili zjechaliśmy w głąb jakiejś wioski. Trochę nie pasował nam krajobraz do nadbrzeżnego kampingu, bowiem wokół wyschniętego rowu rozciągały się biedne wiejskie domki, ginące w nadchodzącym mroku. Hmm, nasze wątpliwości rozwiała sanitariuszka. Wysiadł tylko nasz kierowca, a chwilę przerwy wykorzystaliśmy na uwiecznienie tego faktu na kliszy. Zapewniam widok dość zabawny, dwoje strudzonych ludzi, wątpliwie czystych z brudnymi plecakami i 3 siatkami zakupów we wnętrzu na pewno nie sterylnej karetki pogotowia w pd. Rumunii.
No i dojechaliśmy, zostaliśmy wysadzeni nieco przed kampingiem. Na piechotkę przeszliśmy ok. 600 m, objawiliśmy się w recepcji hotelu i z miłym zdziwieniem przyjęliśmy fakt noclegu 1,2 $ od osoby. Bardzo przyzwoicie. Uradowani zostaliśmy odpilotowani na wskazane miejsce i przy wspaniałym akompaniamencie rozbiliśmy obóz. Potem to już tylko prysznic i sen. A to nam się należało po tym dniu.
Poranek wstawał leniwie, a my razem z nim. Nigdzie się nie spiesząc podnieśliśmy się ok. 8:30 i z zadowoleniem przyjmując słoneczną pogodę, szykowaliśmy śniadanie. Niespełna 1 h później obserwując pełnię życia fauny nad brzegiem Dunaju, zauważyłam płynącego miejscowej produkcji łodzią autochtona. Jak zwykle zamachałam ręką na powitanie. Mój gest był chyba dość zaczepny, bo wieśniak odpowiedział uśmiechem, a niespełna 15 min później już płynęliśmy jego łodzią po Dunaju. Miła wycieczka zaowocowała kwiatami nenufarów, podarowanymi przez owego człowieka, w tym wieńce na szyję z jednego z nich. Zrobiło się przyjemnie. I tak sobie przypominając j. rosyjski w miłej rozmowie, dotarliśmy na drugi brzeg do wsi Murighiol. Za okazałą pomoc daliśmy w przeliczeniu 1 euro naszemu przyjacielowi i ruszyliśmy brzegiem na skraj wsi. Dość znamiennym w międzyczasie faktem był telefon jaki Piotr odebrał na środku Dunaju. Okazało się, że musi być w W-wie o jeden dzień wcześniej, niż do tej pory. To go trochę wywróciło z równowagi. Przez dłuższą chwilę myślał o tej sytuacji, choć ustaliliśmy, że będziemy wcześniej. Te wakacje pod względem czasu i tak były dość nieudane. Wiele dziwnych rzeczy przemawiało za tym, że należało to odsunąć trochę w czasie lub zwiększyć drużynę. No cóż, jakoś sobie radziłam. Spacerowaliśmy brzegiem Dunaju podglądając życie w wiosce i na wodzie. Wróciliśmy między domy. Byłam pod wrażeniem, tak niezwykłych widoków dawno nie widziałam. Domy wyglądały jak zbudowane z gliny. Duże obszerne podwórza zastawione były starymi sprzętami, niekoniecznie zmechanizowanymi. Wszędzie, nie tylko w obejściach pojawiały się psy, kaczki, indyki.
Wiejski spokój i cisza wypełniły nas błogością. Szliśmy sobie w gorący słońcu, przystając tylko na chwilę do zrobienia zdjęć. W jednym z zabudowań spotkaliśmy miejscową rodzinkę, w której niezwykle zauroczył mnie malutki chłopczyk o białych włosach. Zupełnie nie pasujący do stereotypu i wzorca urody Rumuńskiej. Był prześliczny. Oczywiście skończyło się zdjęciami, poczęstunkiem ciastkami i wymianą adresów. Robienie zdjęć tutaj to dość wdzięczny temat. Ludzie raczej z uprzejmością zgadzają się na robienie fotek, choć czasami w zamian proszą o ich przesłanie, podając adres, co oczywiście nie stanowi żadnego problemu.
Doszliśmy do niewielkiego centrum, które oprócz sklepów, poczty którą tak szukałam i baru, oraz dwóch małych bloków mieszkalnych w budowie, w zupełnie surowym stanie nie stanowiło nic. Chociaż naszym oczom rzucił się zamknięty dawno na głucho bar czasów wczesnego Gierka. Wyglądał cudownie. Nieodparcie zapragnęliśmy tam zasiąść z butelką piwa. Najpierw jednak udaliśmy się na wyczekiwaną pocztę. Bez problemu wreszcie nadaliśmy kartki do znajomych i to tak wybiórczo. Wielu z nich z przyczyn obiektywnych nie dostanie, ale tą jedną wysłałam, ciekawe co z tego? Wróciliśmy do naszego opuszczonego baru. A tu niespodzianka. Wszystko wokół zamarło. Sklepy się zamknęły. No cóż pozostał nam taki jeden w sąsiedztwie głośno-muzycznego baru. Poczyniliśmy odpowiednie zakupy i wróciliśmy do naszego bufetu. Z zimnym rumuńskim piwem w ręku, przygotowaliśmy sobie mały lunch a jako że było samo południe odpuściliśmy 1,5 h spaceru. Jak zwykle przy jedzeniu towarzyszył nam pies, tym razem fajny, duży, czarny, bardzo grzeczny. Oczywiście zasłużył na kromkę chleba i kilka ciastek. Wykorzystałam moment, kiedy Piotr przysypiał, bo inaczej mi nie pozował. Minęła gorąca pora popołudnia. Ruszyliśmy w stronę kampingu. Według naszego przewodnika, wioska miała posiadać jeden dość skąpo wyposażony sklep, a my naliczyliśmy ich co najmniej 4, do tego jeden duży, klimatyzowany supermarket, 4 bary, 2 miejsca przydomnego handlu, o dwóch sklepach na kampingu nie wspomnę. To taka drobna korekta. W drodze do namiotu zahaczyliśmy o pobliski nasz sklep-bar, racząc się chłodnym rumuńskim piwem - ciut. Zbliżało się popołudnie. Lekki sen pozwolił nam przetrwać gorące jeszcze nawet o 18:00 słońce. Po wiadomym telefonie, zdecydowaliśmy się nabrać informacji na temat ewentualnych połączeń do Tulcey i dalej do Bukaresztu. W najgorszym razie mieliśmy być na 6.00 rano w Krakowie, o 11:20 w Lublinie w sobotę.
Przygotowaliśmy sobie prysznic, kolację, zachód słońca i wieczorkiem w drodze do baru nabyliśmy żądane informacje. Okazało się, że do Tulcey mamy 2 połączenia o 7:00 i 9:00, a stamtąd co 2 h do Bukaresztu. Cenowo nie wyglądało to najgorzej, z ta pozytywną myślą dotarliśmy na długo oczekiwane piwo. W miłym międzynarodowym towarzystwie spędziliśmy czas przy lokalnym browarze. Noce od kilku dni były rozkosznie ciepłe, sen przychodził łatwo, śpiwór służył jako materac, działo się coraz lepiej.
Drugi dzień w delcie miał rozpocząć się przejażdżką w miejscowej roboty gondoli wypalonej w tutejszych gospodarstwach. Nasz Taxa jednak nie nadpływał, ale byli jego koledzy. Słońce pomimo wczesnej pory dawało się we znaki ale nadal byliśmy nastawieni na zwiedzanie okolicznych rozlewisk. Zaadoptowani zostaliśmy do błękitnej łodzi jednego z autochtonów i rozpoczęliśmy nasza podróż na spotkanie pelikanów. Jak tylko wstałam, zauważyłam bowiem całe ich stado na naszym jeziorze. Majestatycznie w uporządkowanej kolejności zmierzały w stronę jednego z kanałów. Wyglądało to bajecznie, gdyż ptaki pojawiły się wczesnym rankiem, w spowijającej wody mgle. Takie widoki są tymi dla których wszystkie niedogodności podróży odchodzą w niepamięć. Aby dopełnić nasze apetyty, nasz gondolier kierował naszą łodzią w stronę 4 pelikanów, które spokojnie panowały na wodach Dunaju. Nie udało nam się podpłynąć zupełnie blisko ale i tak było warto. Kolejne wycieczki zaprowadziły nas w okolice najgłębszego z kanałów w delcie Dunaju. Z zachwytem przyglądaliśmy się mijanym okazom flory i fauny. Wysokie szuwary, tataraki, pałki wodne, nenufary, mnóstwo żab o wielkiej mnogości gatunków, rybitwy, czaple szare, pelikany, to wszystko sprawiało niesamowity urok krajobrazu. Trzciny tworzyły niezwykłe zielone korytarze, które zdradliwie potrafiły wciągnąć nieostrożnego żeglarza w swój labirynt. Nasza przejażdżka trwała ok. 1,5 h, obfitowała w niekończącą się serię zachwytów i zbierających się wrażeń. Na zakończenie dostałam kolejny wieniec z nenufarów i kapelusz z liścia. Przybiliśmy do brzegu, gdzie uczciwie daliśmy zarobić naszemu przewodnikowi, który jednak nie do końca czuł się usatysfakcjonowany. Jednak dał się jakoś uspokoić gdy poczęstowaliśmy go naszą ciągle jeszcze nie napoczętą gorzką żołądkową. Chyba zaskoczyła go nasza wódka, po pierwszym łyku zrezygnował z naszego poczęstunku, ale za to nie odmówił gościny brat naszego wioślarza/9 starszy zaledwie o 2 s). Przysiedliśmy pod osłaniającym nas przed słońcem drzewem mirabelki rumuńskiej i w atmosferze wzajemnego zrozumienia ok. 1 h. Rozmawialiśmy głownie po rosyjsku, choć ratowaliśmy się czasami wszystkimi językami świata. Nasz rozmówca okazał się bardzo dowcipny, co chwila wybuchaliśmy gromkim śmiechem. Nie ukrywam, że łatwość rozmowy na pewno dostarczyła chłopakom żołądkowa.
W między czasie okazało się, że będąc wczoraj w wiosce i fotografując przez przypadek ciekawe domy rumuńskiej wsi, zupełnie przypadkowo trafiliśmy do domu naszego Grigore. I to jego rodzinie obiecaliśmy wysłać zrobione przez nas zdjęcia. Przypadek, opatrzność, zrządzenie, czy tak miało po prostu być? Nie wiem.
Wczesne popołudnie nabierało rozmachu. W obliczu braku papierosów, stwierdziłam żeby poszli je zakupić w poznanym już dość dobrze sklepie- barze i przy okazji przynieśli wodę. I poszli, choć nie przewidziałam, że wrócą tak późno. A raczej wrócił Piotr, lekko się zataczając. Domyśliłam się, że zakupy w sklepie zmieniły się szybko w zapewne urzekający pobyt w barze. Piotr nie wskazywał chęci wytłumaczenia się tak długą nieobecnością. Właściwie to zjadł zrobione przeze mnie kanapki i zasnął niemal natychmiast. Zbaraniałam. Zostawiłam nasze gospodarstwo pod zdecydowanie nie czujnym okiem Piotra i poszłam precz. Włączyłam telefon do kontaktu w zaprzyjaźnionej recepcji hotelu Pelikan i tym razem ja poszłam do baru, choć ze względu na nogę skończyło się na lodach. Po pewnym czasie wróciłam jednak, choć złość mi nie przeszła. I nie chodziło o to, że się popili, czy że w ogóle poszli na tak długo, po prostu mogli mnie zabrać ze sobą. Chyba nie jestem trędowata??
Późnym popołudniem Piotr łaskawie podniósł się z odwyku. Silił się na uprzejmość, olałam to. Sam sobie zrobił kolację, podczas której tylko obserwowałam powolne ruchy wokół namiotu. Zabawne, naprawdę. Podjęłam małe kroki porozumienia, ale z dziką satysfakcją ograniczałam je do minimum. W końcu jednak, jak przyszło do prania zupełnie przypadkowo zabrudzonych przez Piotra, zmiękłam. Po krótkiej kolacji, zorganizowaliśmy nasz biwak tak aby rano mieć jak najmniej rzeczy do pakowania. Mieliśmy ochotę na piwo a wieczorne pakowanie było raczej nie możliwe ze wzgl. na hurt wampirczych komarów. W między czasie Piotr tylko jeszcze dodał, że nadal jesteśmy umówieni na rano na transport wypalanką na drugi brzeg w celu rozpoczęcia drogi do Bukaresztu. Ok., mi to pasowało. Wykąpana i zabezpieczona przed rojem insektów czekałam w spokoju na końcowe zabiegi organizowania się Piotra. Wszystko to wreszcie dobiegło końca i mogliśmy spokojnie ruszyć na niezły browar – Cine, lub Borgerbrau – do wyboru. To był nasz ostatni wieczór i noc na gościnnych wodach Dunaju. Żal jak zwykle, już tyle razy to przerabiałam i chyba nigdy nie pozbędę się tego uczucia, może i dobrze, bo są powody żeby tu wrócić.
Świt i to bardzo blady. Wstaliśmy ok. 5:15. Chcieliśmy dostać się jak najszybciej do Tulcey, a potem do Bukaresztu. Czas naglił. Jednak to niewyspanie się opłaciło. Przepiękny wschód słońca przywitał nas znad wysokich tataraków. Tysiące odgłosów przyrody wraz z nami witało nadchodzący dzień. Obok naszego namiotu majestatycznie przemaszerował biały bocian. I jak tu wyjeżdżać?
Namiot składaliśmy w milczeniu, oddałam się jeszcze na chwilę pracy fotoreportera, gdy do brzegu podpłynęła znajoma wypalanka. Zaprzyjaźniony Tata z uśmiechem powitał nas o poranku. Byłam zdziwiona, przypłynął bowiem o godzinę wcześniej, co jednak bardzo na pasowało. Pomału już teraz, wiedząc że spokojnie przeprawimy się na drugi brzeg zwijaliśmy obozowisko, równie pomału lokowaliśmy się w łodzi. Odpływaliśmy.
Wschód słońca potrafi być naprawdę piękny. Podróż upłynęła nam na wesołych opowieściach naszego Taty, jak to on po wczorajszej imprezie wracał a raczej nie wrócił do domu normalnie bo nie pamiętał. Zaczęło się od tego, że ja go uczciwie wyprzedzałam, że wódka po pewnym czasie dopiero daje znać o sobie a jeżeli w barze, wymieszali to z piwem to gratulacje. A takie były fakty. Grigore nie pamiętał jak z baru ulotnił się Piotr, nie pamiętał też jak sam stamtąd wyszedł. Dość, że dotarł tylko do swojej wypalanki, gdzie spowił go długi sen. Późną nocą chłodna bryza przywróciła mu nieco poczucie rzeczywistości. I w dość wolny sposób dotarł nad samym ranem do domu, tam nieco ochłonął i wrócił po nas.
Oczywiście w żartach lub nie, wszystką winę zrzucił na Piotra, twierdząc że go upił, a polska wódka jest bardzo zdradliwa. Nie inaczej, kiedy wypija się prawie 0,5 l w samo południe przy 36°C. Powinszować. Tym samym z końcem opowieści dotarliśmy też na drugi brzeg. Pożegnaliśmy się trochę rzewnie ale oczywiście umówiliśmy się za rok. Przemierzaliśmy rozespaną jeszcze wieś. Gdzie niegdzie tylko pojedyncze osoby krzątały się w swoich czystych gospodarstwach.
Stanęliśmy na domyślnym przystanku. Stwierdziłam, że może nie ma co tracić czasu i ponownie wyuczonym przez lata gestem zatrzymałam okazję. O gdybym tylko wiedziała jakie będą tego konsekwencje to stoję tam do dziś.
Spokojna skądinąd przejażdżka pomiędzy zalanymi słońcem pól pięknych żółtych słoneczników, okazało się nie taką okazją. Kierowca cokolwiek uczciwy z wyglądu ale chytry w sobie, skasował z nas przyzwoitą dla siebie kwotę za usługę. O zgrozo, dałam mu najpierw połowę tego co chciał i myślałam, że jak zwykle na tym się zakończy, ale gość z wrednym, „miłym” przyklejonym do twarzy uśmiechem domagał się drugie tyle. Ja bym nie dała. Piotr ku mojemu załamaniu psychicznemu wyciągnął pieniądze i ukoił chciwą duszę Rumuna. Musi się jeszcze dużo nauczyć. Trudno. Przynajmniej byliśmy o żądanej godzinie na dworcu. Po krótkich orientacyjnych ruchach byliśmy już szczęśliwymi posiadaczami biletów do Bukaresztu i z zapasem 1,5 h udaliśmy się na poranne zakupy i spacer po molo. Po raz ostatni nad Dunajem.
Zakupy nie dostarczyły nam większych wrażeń. Za to molo owszem. Stojące przy brzegu wszelkiego kalibru jednostki pływające zanurzały rytmicznie burty we wszystkich śmieciach świata, jakie mogły znaleźć się na tak krótkim odcinku rzeki. Okropność. Proponuję zdjęcia…
Oczywiście nie zabrakło też wędkujących w opisanym ścieku zapaleńców, co dziwne ryby też tu były. Innym zaskakującym elementem promenady były otaczające je wysokie budynki mieszkalne zupełnie nie przypominające hoteli czy biurowców, które zwykle okupują takie pasaże. To w końcu tylko Rumunia.
Wróciliśmy na dworzec, wpasowaliśmy się do naszego busa do Bukaresztu pod wskazane miejscówki. Życie w obrębie dworca zupełnie przypominało obrazki znane nam z naszych lokalnych dworców. No może stojąca w centralnym punkcie placu manewrowego drewnianej cerkwi…
Ruszyliśmy. Droga początkowo przebiegała pomiędzy zielonymi polami kukurydzy a żółtymi dywanami hektarów słoneczników. Przepiękne krajobrazy. Z prawej strony mijaliśmy najstarsze góry Rumuni. Cisza i monotonia podróży utuliły nas do snu. 1,5 h odrobionej nocy nieco postawiły mnie na nogi. Po 2,5 h jazdy dotarliśmy do jak się okazało stałego punktu postoju. W przydrożny barze większość pasażerów rzuciła się za jedzeniem. Ja byłam w stanie przełknąć jedynie lody. 30 min przerwy spędziłam na obserwacjach życia, w dość skąpej formie przejawiającego się na poboczach. Chodząc tam i z powrotem zupełnie nieświadomie stałam się chyba potencjalną ‘tirówką’ wzbudzając zainteresowanie przejeżdżających kierowców.
Koniec przerwy.
Dojeżdżaliśmy do stolicy. Industrialne obrazy zaczęły przyciągać mój wzrok. Wyjątkowo daleko sięgające przedmieścia w max. sposób zostały wykorzystane pod przemysłowe zakłady, garaże, salony sprzedaży, hale targowe, czy place zastawione przeróżnymi kontenerami. Ciągnęło się to kilometrami, aż w dość elastyczny sposób przeistoczyły się w ościenne dzielnice Bukaresztu. Stolica trochę nas przytłoczyła. Jechaliśmy ok. 1 h przez zapchane ulice miasta, będące też w częściowym remoncie. Widok nie był zachęcający, ale brnęliśmy uparcie do celu, czyli Dworca Kolejowego.
Ze wspomnień podróży do Egiptu, pamiętam go jako bardzo ponure miejsce pełne ludzi, kilometrowych kolejek, zaduchu i dzieci żebrzących o cukierki. Obecna Rumunia, która do tej pory i tak mnie bardzo zaskoczyła, otwierała możliwości, że i w temacie Dworca Bukareszt Nord wydarzyło się coś kluczowego. I rzeczywiście, okazały choć wiekowy budynek wyrósł przed nami dość nagle. Mogliśmy go podziwiać z okien naszego busa przez dobrą chwilę. Przed nami bowiem ciągnął się długi i głośny kondukt pogrzebowy jakiegoś znanego pracownika Poczty Rumuńskiej. Kiedy już ruszyliśmy, trochę ze zdziwieniem zauważyliśmy, że nasz kierowca nie zdejmując nogi z gazu mijał ów dworzec, wywożąc nas w nieco odległą uliczkę. Chyba mi się to nie spodobało. Wizja powrotu z ciężkim plecakiem, obandażowaną nogą, nie należała do najmilszych. Ale chyba nie mieliśmy tu nic do powiedzenia, niechętne oko kierowcy rzuciło niechętny równie wzrok na nasze zdziwione twarze.
No cóż, bez większego gderania wrzuciłam plecak na plecy i z równie milczącym Piotrem ruszyliśmy w powrotną drogę na dworzec. A ten objawił się jak zupełnie nowoczesne cudo przykryte jedynie szarą, pamiętającą świetność poprzednich wieków elewacją budynku. Marmurowa podłoga, ciepło, mnóstwo punktów o różnym rodzaju usług, od gastronomicznych, przez bagażowe, informacyjne, prasowe itd. I to w wyjątkowo dużej ilości. Byłam zdumiona. Weszliśmy na dworzec tym samym wejściem co niemal 7 lat temu, kiedy wracaliśmy z Egiptu. Czułam się jak w innym świecie. Porzuciliśmy bagaże w przechowalni, prowadzonej przez wyjątkowo miłe kobiety, uzupełniliśmy waluty i ruszyliśmy w poszukiwaniu biletów na powrotną drogę.
Etap przebudowy dworca kończył się jednak mniej więcej w połowie budynku. Część gdzie znajdowały się kasy międzynarodowe jeszcze nawiązywały do zmian. Ale kiedy dotarliśmy do sali kas krajowych szybko wróciliśmy do dawnej znanej nam z autopsji Rumunii. A podążyliśmy tam za namową młodego Polaka, którego poznaliśmy przy okienku międzynarodowej informacji. Jak się wkrótce okazało wraz ze swoim ojcem przemierzali Rumunię z myślą powrotu do Niemiec przez Polskę. Ich ostatnie wspólne lata życia polegały na tym, że od 12 lat mieszkają w Bułgarii, posiadając również tamtejsze obywatelstwo. Czasami znajdują się w celach zarobkowych w Niemczech. Rodzinę posiadają w Polsce, w W-wie. Co za spotkanie. Kluczowe w naszych planach. Właściwie tylko dzięki nim zmieniliśmy naszą pierwotnie przygotowaną drogę powrotu. Ze względu na moja nogę, zdecydowani byliśmy na niemałą inwestycję, a mianowicie bilet kolejowy na bezpośredni pociąg relacji Bukareszt-Kraków, tak mniej więcej 150$, tragedia. Gdyby nie Zbyszek – syn, chyba do dziś z niesmakiem wspominalibyśmy tą decyzję. A tak wygodne i komfortowe wnętrza, zamieniliśmy na lokalne połączenie Bukareszt-Suczawa i dalej tak jak w drodze do Suczawy z Przemyśla. Wspólnie uzgodniliśmy wersję podróży i z Piotrem ustawiliśmy się w kolejce do okienka wydającego bilety w oczekiwanym kierunku. Jako, że nasi przyjaciele mieli już swoje bilety, samotnie choć w towarzystwie jakiś 300 innych osób roztapialiśmy się w nie klimatyzowanym wnętrzu zapchanej sali. Z duża ciekawością przyglądałam się oczekującym, skracając sobie tym samym dłużące się minuty w kolejce. Setki ludzkich twarzy przepływało przed moimi oczami, począwszy od dwu miesięcznego oseska po 80-letnich staruszków, dzielnie walczących z upałem. Dworce zawsze sprawiały dla mnie wrażenie miejsc jednoczących ludzi. Wszyscy z większą lub mniejszą determinacją oczekiwali kulminacji swoich zamiarów. A wszystko to w dość zapoconej, głośnej, wypełnionej różnymi zapachami atmosferze wzajemnego zrozumienia. Nadszedł długo oczekiwany moment, kiedy uprzejma pani w okienku w końcu wydała nam upragnione bilety do Suczawy. Tym samym koszty naszego powrotu zmalały w początkowym etapie do 20 zł. Przed nami było 7 godzin radosnego zwiedzania Bukaresztu, do momentu ponownego spotkania z naszymi znajomymi Polakami, wieczorem przed odjazdem pociągu.
Ruszyliśmy do centrum. Metrem dotarliśmy w okolice starego miasta, które bardzo ale to bardzo nas zaskoczyło. Ciągle gdzieś w naszej świadomości tkwił obraz biednej Rumunii, a to co zobaczyliśmy zupełnie nas oszołomiło. Wspaniałe zabytkowe kamienice wznosiły się wzdłuż świeżo wybrukowanych kostką ulic. W swoich wnętrzach chowały kuluary bibliotek, banków, hoteli. A wszystko to w trwających wokół procesach remontowych, dzięki którym Bukareszt przeistaczał się w perełkę odresteurowywujacych się stolic Europy. Zwarta zabudowa miasta zazdrośnie ukrywała urzekające cerkwie, z których cześć także zostało poddanych remontom. Jednak udało nam się zwiedzić kilka z nich. Byliśmy pod wrażeniem. Budowle zachowały niezwykle świeżą dziś świetność dawnych okresów. Ich opiekunowie, siostry zakonne i mnisi, w ciszy pokazywali nam ich zapierające dech wnętrza. W blasku świec, pomiędzy złoconymi ołtarzami unosiła się delikatna, tajemnicza, pełna zadumy atmosfera prawosławnej religii. Jak w każdym miejscu świata, kiedy stoję w obliczu religii odwiedzanego kraju, dopadają mnie refleksje, że wciąż są miejsca, w których nie są ważne podziały społeczne czy polityczne…
Zbliżał się wieczór. Znajomą już drogą – metrem wróciliśmy na dworzec. Szybko podążyliśmy w kierunku naszego punktu spotkania, jakim była przechowalnia bagażu. Zbyszek i Romek już na nas czekali. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc już razem poszliśmy do pobliskiej knajpy uczcić te ostatnie chwile w Rumunii. Ja jak zwykle w ostatniej chwili rzuciłam kilka kartek pocztowych do skrzynki i razem z chłopakami oddałam się wspomnieniom przy całkiem niezłym lokalnym piwie.
Uzupełniliśmy drobne prezenty w postaci butelek wina i puszek piwa i wróciliśmy do swoich bagaży. Jakąś chwile wcześniej stwierdziliśmy, że przez zupełny zbieg okoliczności dostaliśmy miejsca w pociągu w tym samym wagonie, przedziale i dokładnie naprzeciwko siebie. Dziękuje wszystkim którzy maczali w tym palce, opatrzność nieustająco miała nad nami pieczę. Z moja nogą też zaczęło się dziać coś dobrego, trochę mniej bolała a opalenizna ukryła ewentualne zaczerwienienie. Tym sposobem wyobraziłam sobie, że czuję się lepiej. Obciążenie alkoholowe dało się odczuć na plecach, ale nasz pociąg już stał. Zatem bez niepotrzebnych opóźnień udaliśmy się w jego kierunku. Zajęliśmy nasze miejsca opatrzone konkretnym numerem wg wskazań notatek na bilecie i tak rozpoczęliśmy powrotny etap naszej krótkiej wyprawy. Półleżąca pozycja pozwoliła odpocząć zmęczonym nogom. Wszechobecny upał nawet w nocy nie pozwolił nam się dostatecznie wyspać, jak również fakt wysiadki o 4 rano. Suczawa przywitała nas cichą, ciepłą nocą, przez którą wędrowaliśmy niezłą chwilę do centrum. Te wszystkie przeżycia ostatnich kilkudziesięciu godzin, chora noga i pnąca się pod górę droga zmusiła mnie do kapitulacji. Zbyszek wziął mój plecak. Do dziś jestem mu za to wdzięczna.
I znów znajomy dworzec autobusowy. Chwila oczekiwania na moment otwarcia okienka informacyjno-kasowego przerywana była obserwacjami zabaw bezdomnych psów, szykowaniu się do wyjazdu grupy osób, kierujących się na południe do Hiszpanii, wschodem słońca i próbami doprowadzenia się nieco do porządku przy użyciu wilgotnych chusteczek. Tak minęły kolejne 2 h poranka ostatniego dnia w gościnnej Rumunii. Nadchodzący świt przywitał nas informacjami, że do Przemyśla to my się nie wydostaniemy ale jest alternatywa jazdy na wschód. Czerniowce.
Niech będzie, zawsze to do przodu. OK. 6:30 zapakowaliśmy się do hmm… nieco dziwnego autobusu. Oprócz naszej 4 podróżowało nim jedynie jeszcze 6 osób. Niewiele mnie to tym razem obeszło. Wizja złapania kolejnych chwil snu, była silniejsza, żeby się tym przejmować. Dość wygodnie w lekkim półśnie dotarliśmy do granicy rumuńsko-ukraińskiej. Jakieś chwilowe kłopoty jednego z pasażerów na przejściu łagodził kierowca naszego transportu, dość chyba zaprzyjaźniony z celnikami. No i tym sposobem znaleźliśmy się w Czerniowcach. Zajechaliśmy na główny dworzec autobusowy, ale przed wyjściem zostaliśmy powstrzymani przez kierowcę. Stwierdził on bowiem, że zawiezie nas na inny, gdzie ok. 12:00 będziemy mieć autobus do Przemyśla. Chyba nie mieliśmy wyjścia. I tak po prawie godzinnej wycieczce po Czerniowcach zajechaliśmy na dalekie przedmieścia miasta na dworzec przypominający bardziej bazę spedycyjną firmy transportowej, nie miejsce gdzie moglibyśmy znaleźć choć jedno stanowisko „PKS-u”.
Trwaliśmy w oczekiwaniu. Zjedliśmy już niemal ostatnie zapasy żywieniowe. I tak w niewiedzy dotrwaliśmy do 11:00, gdy powrócił nasz kierowca, przedstawił nam innego, który właśnie wraz ze swoim ukraińskim autobusem udawał się do Przemyśla. My wraz z nim.
Podróż bez większych atrakcji dłużyła się niemiłosiernie. Nieco atrakcji zaczęło pojawiać się wraz za zbliżaniem się do granicy ukraińsko-polskiej. Nasz autobus nabrał pasażerów, których liczba zaczęła zdecydowanie przekraczać dopuszczalne normy. W efekcie, w krótkim czasie zostaliśmy regularną kontrabandą. Kolejka na granicy nie wyglądała optymistycznie. Fakt, że we wnętrzu naszego transportu królował przemyt, nie wróżył nic dobrego. Szybko, pomimo przekroczonej strefy „odprawy pieszej” strażnicy pozwolili nam wziąć bagaże i na piechotę przejść na polską stronę.
W czasie odprawy paszportowej Roman miał pewne kłopoty z nieaktualną bazą danych naszych celników, a że posługiwał się bułgarskim paszportem trochę to opóźniało zajście. Jednak nasza wytrwałość została uhonorowana sukcesem. Byliśmy w domu, w Polsce.
Za całe 1 zł dojechaliśmy busem na dworzec w Przemyślu. Oceniliśmy szansę powrotu, my do Lublina, chłopaki przez Polskę w kierunku zachodniej granicy. Im przypadł w udziale pociąg do Wrocławia ok. 21:20, nam autobus do Lublina o 22:00. Ostatnie wspólne 1,5 h spędziliśmy w ulicznym barze serwującym rewelacyjne kurczaki z grilla. Wyjątkowo sympatyczna „Mama” ugościła nas iście po królewsku. To niezwykłe w jak banalnych okolicznościach poznaje się na trasie nietuzinkowych ludzi. Taka też okazała się właścicielka owego baru. Siedziała wraz z nami przy naszej ostatniej wspólnej kolacji. Czułam się jak w domu. Zwracaliśmy się do siebie po imieniu, co chwila wybuchając gromkim śmiechem. Było cudownie.
Ta wyprawa nie mogła zakończyć się lepiej.
Wróciliśmy na peron, chyba trochę długo i na pewno bardzo serdecznie zegnaliśmy się z Romkiem i Zbyszkiem, a przecież znaliśmy się zaledwie niespełna 24 h. Pożegnania, emocje, smutek, widok oddalającego się pociągu z naszymi nowymi przyjaciółmi był niemal taki sam jak zawsze w takich chwilach. Nie lubię pożegnań, choć nigdy jak do tej pory nie straciłam nadziei, że kiedyś jeszcze ich spotkam. Tych ludzi jest coraz więcej, szanse więc rosną, oby jak najszybciej..........
.................dyspozytor zapowiedział nasz autobus, my też wracamy............................