Himalaje 2019_0...
Piątkowy wieczór był zupełnie zaskakujący. W piątkową noc, kolejną za krótką niż bym chciała, kładłam się z uczuciem zbliżającej się przygody. Marzyłam o niej, od momentu kiedy do ogniska, przy którym siedziałam  w Chitwan Park w Nepalu, dosiadło się 4 motocyklistów, podróżujących przez Azję. Tego dnia przyjechali z Pakistanu. Opowiadali o niezwykłych miejscach, kilometrach pustynnych dróg, bezkresnych stepach, gdzie spotykali tylko dzikie konie, opuszczonych wioskach i zatłoczonych miastach, gdzie życie przypomina wielki kopiec termitów. Przyjechaliśmy właśnie z Indii więc ten ostatni krajobraz był nam już dość dobrze znany.  A to, o czym snuli opowieść nasi nowi znajomi to był plan, który właśnie oto miał się urzeczywistnić.

Jak zwykle na budzik – uwielbiam to w swoich wyprawach – zerwałam się w sobotni poranek, wzbudzając zainteresowanie naszych kotów, które podejrzliwie obserwowały moje ruchy po mieszkaniu, dając jednocześnie do zrozumienia, że skoro wstałam to nie po co innego jak podać porcję jedzenia. Co oczywiście uczyniłam, patrząc na błagalne spojrzenia małych urwisów.  Zarzuciłam plecak, duży, mały, do ręki wzięłam kask motocyklowy. To właśnie w ten sposób chciałam wrócić w Himalaje. Motocyklowo, z wiatrem, na najwyższych drogach świata.

Każdy z nas ma swoje marzenia. Moje wpisały się niemal w codzienność. Zawsze o czymś marzyłam. Pisałam plany, rysowałam, czytałam i wreszcie jechałam, akurat tam gdzie działo się coś niezwykłego, gdzie zabierałam się przyjaciółmi, trafiły się tanie bilety, bo pojawił się jakiś spontaniczny pomysł. O tej wyprawie dużo rozmawiałam z Kasią, z którą znamy się od kilku lat i jak się okazało obie jesteśmy pasjonatkami podróży i nie jesteśmy w  stanie usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Szybko zorientowałyśmy się, że łączy nas wręcz nałóg zwiedzania świata, co zdecydowanie ułatwiało decyzję o kolejnych planach i marzeniach. I tak powstała wspaniała inicjatywa – Himalaje – motocyklowe marzenie. Kasia była pierwsza, teraz ja. Przygotowania trwały dość długo w zakresie komunikacji, wymiany pomysłów, niezbędnych zakupów, tak aby szczęśliwie 29 czerwca, w słoneczną sobotę rozpocząć kolejną wyprawę życia.

Nie znałam nikogo z grupy, z którą postanowiłam zdobyć himalajskie szlaki. Mieliśmy się spotkać częściowo na lotnisku w Warszawie a częściowo w Delhi. Wiedząc, że nie jestem zapewne tak aktywną motocyklistką jak pozostali, mając świadomość swoich technicznych braków, czułam się trochę niepewnie, czy aby to jest właściwy moment na tą wyprawę. Ale to już nie miało większego znaczenia. Nadałam bagaż i tak oto postawiłam kropkę nad „i”.  Z Warszawy leciałam z Eweliną, Asią, Tomkiem, Stanisławem i Darkiem. Już wcześniej w Indiach wylądowali Mirella, Tomek, Emil i Paweł. Nasza 10-tka miała spotkać się w Delhi i już razem dotrzeć do tajemniczej krainy u stóp Karakorum.

Na razie jednak jeszcze nie oderwaliśmy się nawet od ziemi. W Warszawie, na płycie lotniska  zaliczamy mały falstart. Odprawieni zgodnie ze sztuką , pełni optymizmu wsiedliśmy do shuttle bus’a i ruszyliśmy w kierunku samolotu na poszukiwanie przygód.  Nie sądziliśmy wtedy jak szybko będą się one wręcz mnożyć. Po 10-cio minutowym postoju pod samolotem i obserwacji jak kilku technicznych gości usiłuje coś ogarnąć we wnętrzu maszyny, nasz autobus wyruszył w drogę powrotną do terminalu. Musieliśmy wrócić do poczekalni. Nawiązałam krótką rozmowę z kierowcą, który odkrył nieco tajemnicy, iż coś nie do końca jest w porządku  z klimatyzacją. Zatem czekamy. Po wejściu na halę dowiedziałam się, że mamy ok 20 minut na przeczekanie naprawy,  co w efekcie stało się dwiema godzinami. Niewiele myśląc nabyliśmy drogą kupna drugie już wino aby wznieść toast za pomyślność wyprawy. Po ponownej odprawie szczęśliwie unieśliśmy się w powietrze, kierując się na wschód ku niewątpliwie jakiejś cywilizacji.

Jak to w polskich liniach lotniczych bywa, ugoszczono nas kawą lub herbatą i najmniejszym z wafelków Grześków jakie widziałam, a nawet tak małych to jeszcze nie widziałam. Odespałam chwilę ze zgubionej nocy i z dwugodzinnym poślizgiem wylądowaliśmy w Stambule. Tu pozostało nam niespełna 3 godziny do kolejnego lotu zatem postanowiliśmy uzupełnić  braki w kaloriach, szukając w tym celu słynnego, oryginalnego tureckiego kebaba. Przemierzyliśmy fantastyczny, nowoczesny i designerski port lotniczy. Z moich dotychczasowych wizyt w Stambule nie tak zapamiętałam to lotnisko.  Teraz ta niebywała budowla to absolutny przepych i kunszt nowoczesnej  architektury. Czułam  się jak w ekskluzywnej galerii. W nieco mniej wytwornej restauracji  ale za to w równie ekskluzywnej cenie znaleźliśmy poszukiwaną potrawę. Było to klasyczne wydanie mięsa, podane ze świeżymi warzywami w zestawie ze słynnym Efezem. Po tak „wykwintnej” obiadokolacji zaczęliśmy się rozglądać za naszym wyjściem do kolejnego samolotu. Okazało się, iż gdzie tłum największy tam  i my zmierzamy. Pod naszą bramką zrobiło się aż czarno od ilości ludzi, którzy niecierpliwie oczekiwali na lot do Delhi. Ilość pasażerów była imponująca a w tym wszystkim my. Ale w zasadzie 6 godzin lotu z planowaną kolacją w środku nocy nie było wielkim wyczynem. Wolnym krokiem zmierzaliśmy do wnętrza Boinga 767 i rozgościliśmy się na fotelach. Do naszej dyspozycji mieliśmy dostęp do muzyki i filmów różnego gatunku, wiadomości ze świata i sportu, a do tego każdy z nas dostał zgrabny pakiet pierwszej potrzeby. W prostokątnej saszetce znalazły się klapeczki podróżne, skarpetki, szczoteczka i pasta do zębów, opaska na oczy , mydełko, balsam do ust i kocyk. No tak to można podróżować J, do tego całkiem dobre jedzenie.

W zasadzie wszystko było ok.  Mieliśmy tylko jakieś 30 minut opóźnienia, co jak się wkrótce okazało nie pozostało bez znaczenia. O 5.40 wylądowaliśmy w gorącym Delhi. Spojrzałam na telefon gdzie pojawił się nagle komunikat od naszych kolejnych linii lotniczych Vistara, iż warto się pośpieszyć, bo odprawę zamykają o 6.15 a bramkę o 6.40… a my ciągle w samolocie… Mało czasu się zrobiło. Zatem przygód ciąg dalszy. Plan podróży zakładał ok dwóch i pół godziny na przesiadkę do Leh. Więc był zapas. Teoretycznie. W Indiach bowiem czas to zupełnie inne pojęcia. To stan ducha. Nikt się nie śpieszy i nikt pośpiechu nie rozumie. Ale nawet jeśli my chcielibyśmy osiągnąć ten stan nirwany to nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby tylko nasze bagaże były z nami. A tu zaczął się pojawiać problem. Po wyjściu z samolotu odszukaliśmy właściwą taśmę z bagażami, na której piętrzyły się już wszelkiego rodzaju pakunki, torby, kartony, plecaki, pudła i inne formy drobnego transportu. Przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy taśmę,  ale naszych bagaży nie było. Zaczęło się robić trochę późno. Starałam się zorientować w logistyce lotniska i okazało się, że odprawa lotów krajowych na szczęście nie jest za daleko. To był plus. Ale wciąż nie było bagaży.  Poszłam z nadzieją do informacji, gdzie powiedziano mi, iż goście obsługujący taśmę muszą nam pomóc. Tkwiąca w nirwanie obsługa naziemna lotu bez większego przejęcia przyjęła moje żale i nieśpiesznie zaczęli sprawdzać czy w ogóle nasze walizki przyleciały razem z nami do Delhi. A co nie było takie pewne, bowiem mieliśmy w pamięci fakt ze bagaże Mirelli, Tomka i Emila tu nie dotarły na czas. Szczęśliwie jednak lista niezaprzeczalnie wskazywała na ich obecność. Mijały kolejne minuty niepewności. I wreszcie są. Na razie poza Asią i Stanisławem mamy wszystko  więc galopem lecimy do kolejnej odprawy. Jest 6.07. Zaczął się wyścig z czasem.

Pani przy kontuarze początkowo nie śpiesznie zaczęła weryfikować nasze dokumenty. Ale dość szybko zorientowała się ile jest nas do odprawy i sama zaczęła mobilizować wszystkich do pośpiechu. Do zamknięcia bramki zostało 20 minut. Tomek był już odprawiony i pobiegł wstrzymać silniki. Ja zostałam żeby usprawnić komunikację, choć wolałabym wstrzymać czas. Ale tego się jeszcze nie nauczyłam… Na tym etapie podróży mogliśmy zabrać o 5 kg mniej bagażu rejestrowanego niż do Delhi i trochę się martwiliśmy czy nie trzeba będzie się ubierać w część garderoby. Obecna sytuacja nieco nam sprzyjała, bowiem uprzejma Pani zupełnie nie zwracała uwagi na ewidentny nadbagaż tylko oklejała kolejną walizkę paskiem z danymi lotu. Staś wcisnął ostatnią sztukę na taśmociąg  i rozpoczęła się wielka gonitwa do bramki numer 50. A ta, jak uprzejmie wskazywały liczne kierunkowskazy, była oddalona od nas o około 15 min. Do zamknięcia bramki zostało minut 5. Liczne podręczne plecaczki, torebki, aparaty i kaski nie ułatwiały biegu ale ceną był pokład samolotu i ostatni etap  podróży. Z Eweliną prowadziłyśmy nasz mały peleton, zaraz za nami podążał Darek, stawkę zamykał Staś tuż przed Asią. Nie mogliśmy się spóźnić. A było blisko. Wreszcie, gdzieś  na horyzoncie zamajaczył widok oczekującej niecierpliwie obsługi lotu. Z daleka dawaliśmy znaki, że to jeszcze my, my chcemy lecieć. Zamachaliśmy paszportami i rzutem na taśmę wpadliśmy do samolotu. Tomek stał  w przejściu. Podobno zadeklarował, że nie usiądzie zanim nie wsiądziemy J. Teraz mógł usiąść. My też. Z uśmiechem przywitała nas Mirella, Tomek, Emil i Paweł. Byliśmy uratowani. Wtedy też przypomniał mi się moment, jak przez gigantyczny korek ludzkich ciał w metrze w mieście Meksyk omal nie spóźniliśmy się na lot powrotny do Polski. Wtedy to była wojna z czasem. Zmiana linii metra, szukanie stacji, kolejne korki. Na lotnisko wpadliśmy 20 min przed zamknięciem bramki. Pamiętam jak plecaki ściągała z nas obsługa lotu tuż przed przejściem bramek. My do samolotu bagaże na wózek i do luku. Wtedy też się udało.. choć kto wie co było gdybyśmy wtedy zostali w Meksyku? Wtedy samoloty nie latały codziennie. My sami nasze bilety kupowaliśmy 8 miesięcy przed wylotem.  Ale to już zupełnie inna przygoda J

Lot przebiegł zupełnie spokojnie. Między jednym a drugim głębszym wdechem poczęstowano nas ciepłym napojem i super kanapką w wersji indyjskiej.  Za oknem samolotu pojawiły się szczyty Karakorum, potężnego łańcucha górskiego, drugiego po Himalajach pod względem wysokości na Ziemi, leżącego na pograniczu Indii, Pakistanu i Chin. W górach tych znajdują się największe lodowce górskie świata poza rejonami polarnymi i słynny szczyt K2, 8611 m n.p.m. - jedyny ośmiotysięcznik niezdobyty zimą. Panują tu bowiem na nim ekstremalne warunki: średnia temperatura w granicach od −45 °C do −55 °C oraz wiatry o średniej prędkości 180 km/h, przez co odczuwalna temperatura jest dwukrotnie niższa. Być tak blisko takiej historii – bezcenne. Ale jak na razie czeka nas pierwsza aklimatyzacja na około 3500 m n.p.m. Leh, miasto leżące w tajemniczej krainie Ladakh, zamieszkiwane przez nieco ponad 27 tysięcy mieszkańców, gdzie amplituda temperatur waha się od + 33 w lecie do – 28 stopni w zimie. Czyli w zasadzie jak w Polsce. Tylko te 3 514 metry powyżej poziomu morza…  da się odczuć. Ale jest lato i pięknym ciepłym słońcu wysiadamy na małym lotnisku wciśniętym w górki masyw. Wokół nas nagie skały, wysokie szczyty pokryte wiecznym śniegiem. Już samo lądowanie w takim krajobrazie robi wrażenie. Przed nami kilkanaście dni himalajskich bezdroży.

Himalaje 2019_0...
Już samo wyjście z samolotu okazało się być wystarczająco atrakcyjne, że w ruch poszły aparaty, komórki aby choć mały kadr uchwycić. To jednak było absolutnie zabronione i cała obsługa lotniska skupiła się na nas i nam podobnych, biegając za każdym z nas z nakazem schowania szeroko pojętego sprzętu do fotografowania. Szybko zatem wpakowaliśmy się do lokalnych busików, które przewiozły nas kolejne 200 metrów do budynku lotniska – Przyloty. Wnętrze terminalu, choć w tym przypadku to duże słowo, w znacznej części  wypełniała taśma na bagaże, poza tym było jakieś biurko, kontuar z formularzami do wypełnienia przy wjeździe i ciekawy punkt z tlenem w puszkach, który od razu wzbudził zainteresowanie części naszej załogi.  Byliśmy wysoko co nie pozostało bez znaczenia w odczuciu swobody w oddychaniu. Ściągnęliśmy z taśmy nasze walizy.

 Zainteresowanie tlenem rosło. W końcu jednak trzeba było wyjść na zewnątrz. Wzięliśmy bagaże i jak tylko wyszliśmy z budynku, zobaczyłam swoje nazwisko na zafoliowanej kartce. Nasi przewodnicy odetchnęli z ulgą, byliśmy bowiem ostatnią grupą jaka wytoczyła się z budynku, długo po poprzednikach. Już zmartwieni dzwonili do biura, żeby ktoś sprawdził, czy w ogóle przylecieliśmy. Przechwycili nas od razu i zaczęliśmy się pakować do busów. Ale oto rozległo się wołanie, bo Paweł nie miał swojej walizki. Nastąpiła chwila konsternacji, bo wszyscy dostaliśmy bagaże, więc trochę było nie możliwe, że coś zaginęło. Sytuacja szybko jednak się wyjaśniła. Zaaferownie możliwością skorzystania z próby dotlenienia się i zrobienia pomiaru wydolności płuc zajęło wszystkich tak bardzo, że Paweł nawet nie spojrzał na przesuwającą się z bagażami taśmę. No i walizka wróciła na zaplecze. Szczęśliwie odzyskano zgubę i już w komplecie ruszyliśmy  do hotelu.

Himalaje 2019_0...
Z początku droga nie wyglądała jakoś szczególnie ale jak tylko zbliżyliśmy się do centrum miasta życie w nim zaczęło wręcz tętnić. Ciasne uliczki, tłum ludzi, tuktuków, handlarzy, wybiedzonych psów i turystów zasłonił nam wszelkie widoki. Wśród wielu dźwięków, zalewających ulice najgłośniejsze były klaksony. A to co najważniejsze to szansę przeżycia miał ten, kto posiadał klakson najgłośniejszy i używał go cały czas. Oto Indie, w całej 27 - mio - tysięcznej okazałości. Zaledwie promil wycięty z wielkiego, zatłoczonego kraju a jednak robił wrażenie. Ja już nieco przywykłam, byłam, żyłam tu i wiem, że jazda po ulicach indyjskich miast to nieustanna walka o przetrwanie. Tu nie było inaczej, tylko w mikroskali. Wszyscy z niedowierzaniem patrzyli przez zakurzone okna na przemykający krajobraz. Zwłaszcza kiedy zbliżaliśmy się do hotelu, ukrytego w labiryncie wąskich na jeden samochód uliczek. Na jeden to oczywiście przesada, bo raz za razem mijaliśmy się z innym, co było w zasadzie zupełnie nierealne a jednak możliwe. Zaczęła się zabawa. Dotarliśmy jednak szczęśliwie do hotelu, gdzie nastąpił naturalny podział na pokoje – ja wylosowałam Emila – co było rewelacyjnym wyborem, choć o tym później J.

 Uprzejma obsługa szybko zaproponowała nam wczesny lunch. Nieco zmęczeni ale zauroczeni klimatem i egzotyką miejsca ruszyliśmy popołudniu w miasto. Pierwsze podejście do wymiany waluty zaliczyliśmy na drugim zakrętem, skierowani przez jednego z naszych hotelowych znajomych. Dalej poszło gładko. Droga, która normalnie zajmuje 7 minut, żeby dotrzeć do centrum, za pierwszym razem rozciągnęła się prawie do godziny. Ale czasu mieliśmy wiele. Nieśpiesznie spacerowaliśmy deptakiem, zahaczaliśmy o ciekawe zaułki, raz za razem ktoś ginął w sklepie, zapatrzył się, czy lekko zmęczył, bo jednak wysokość, brak snu i zmiana czasu zrobiła swoje.

Himalaje 2019_0...
Zatem, żeby się nie ograniczać podzieliliśmy się na małe podgrupy i w efekcie z Tomkiem zaczęłam wspinać się w stronę świątyni, przyklejonej do szczytu  góry. Z początku szło całkiem nieźle ale jak w okolicy odbudowywanego zamku spotkaliśmy Mirellę, Tomka i Emila, poddałam się. W górę pomknął Tomek z Emilem, a my we trojkę spokojnie zeszliśmy do poziomu centrum szukając miejsca na jakiś odpoczynek. Ten szybko się znalazł w towarzystwie Asi i Stasia w klimatyzowanym wnętrzu małej restauracji. Z przyjemnością przyjęliśmy lokalne danie złożone z pierożków Momo, aromatycznej na bazie zupy cytrynowej, pachnącej kawy i herbaty masala. Cudowne popołudnie, zakończone tradycyjną kolacją w hotelu.

Himalaje 2019_0...
Atrakcji jednak nie było nam dosyć więc po kolacji raz jeszcze wyruszyliśmy na wieczorny obchód miasta. Jedną z atrakcji okazały się lokalne lody i spotkanie z Marcinem, który również przybył na wyprawę  motocyklową, tylko z inna grupą. Mało brakowało, że przybyłabym zrazem z nim ale życie napisało inny scenariusz. Zdecydowanie lepszy. Przed nami już tylko upragniony sen i przygotowanie do pierwszego dwudniowego wyjazdu w góry. Plan zakładał przepakowanie się w małe plecaki, coś na przebranie, coś na sen i w zasadzie tyle. Zatem po naszym śniadaniu w wydaniu indyjskim, zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Pomimo wspaniałego słońca i iście letniej temperatury wcisnęłam się w motocyklowe odzienie i redukując  niezbędne rzeczy na wyjazd do minimum, wyszłam w towarzystwie Emila z pokoju. Muszę tu wspomnieć o powtarzającym się rytuale wykorzystywania internetu do granic możliwości gdy tylko była taka możliwość. Więc zanim opuściliśmy recepcję nastąpiło jeszcze długie połączenie wysyłanych wiadomości do domów. Zaraz potem wciśnięci w mikrobusy ruszyliśmy w drogę przez miasto do garażu naszych przewodników żeby odebrać motocykle. Zapach przygody unosił się wręcz w powietrzu… Po raz kolejny przejechaliśmy zatłoczone o tej porze miasto, choć w zasadzie, jak się wkrótce okazało, pora nie miała tu nic do rzeczy. Ono po prostu takie było. To jest stan permanentny. Ostatni łagodny skręt w lewo i jesteśmy pod garażem Ladakh Bike Renatal.

Mały serwis motocyklowy, niepozorny, na obrzeżach Leh, przy cichej uliczce, co było zjawiskiem wręcz nie spotykanym. W środku rząd niebieskich Royali, ustawiony pod ścianą z mapą świata i dwa Himalayany, wybrane przez Tomka i Darka. Z początku tylko się przyglądaliśmy maszynom ale już po chwili, każdy z nas stał przy swoim i tylko czekaliśmy na sygnał wyjazdu. Ten musiał być trochę jednak opóźniony ponieważ w zawiązku z tym, że Asia podróżowała ze Stasiem na jednym motocyklu, to niezbędnym było dorobienie oparcia. I tak się stało. Tu nie ma rzeczy niemożliwych, więc i oparcie zostało zorganizowane. Po spełnieniu niezbędnych  formalności nastąpił oficjalny wyjazd z garażu.

Himalaje 2019_0...
Niestety utknęłam po kilku metrach, bo mój Enfield zgasł i nie dał się uruchomić. Zamarłam w konsternacji. Niezły początek. Na szczęcie przewidziana pomoc mechanika na trasie sprawiła, że jednak silnik odzyskał moc i ruszyliśmy dalej. Solidarnie, choć może przypadek za mną jechał Tomek z Pawłem. Przez moje opóźnienie straciliśmy naszą grupę z horyzontu i na najbliższym zakręcie, chcąc rozeznać się w możliwych kierunkach jazdy zatrzymałam się, ja i motocykl. I znów zgasł. Laboga. Paweł jednym zdaniem skwitował sytuację, że komu jak komu ale babie mogli nie dawać sprzętu, który trzeba odpalać z kopniaka. Bowiem to oni w ten sposób mi go uruchamiali. Udało się. Pokierowani przez uprzejmego chłopca ruszyliśmy w stronę głównej drogi., na końcu której znów rozjazd i znów pytanie w którą stronę pojechał peleton. Zważywszy na lewostronny ruch na drodze, nie było zbyt wiele czasu do zastanowienia. Skręciłam w lewo. I to nie było najlepsze rozwiązanie. Przejechaliśmy kilkadziesiąt metrów i nic. Poza umiarkowanym jeszcze ruchem na drodze żadnych motocykli skupionych w grupie naszych 7 przyjaciół. Stop. Przez chwilę nie gaszę motocykla, ale nie wiedząc gdzie dalej mamy jechać wyłączam silnik. A to okazuje się być błędem. Zgodnie stwierdziliśmy, że chyba powinniśmy zawrócić. Więc ruszamy, ale beze mnie. Mój Royal nie odpala. Już nawet z przysłowiowego „kopa”. Tomek jest jakieś 50 m przede mną. Na szczęście Paweł nieco wcześnie zdecydował się znaleźć naszą grupę i przywiózł również przewodnika, który po dłuższej chwili uruchomił motocykl. Ale żeby go sprawdzić, przewodnik pojechał moim sprzętem, Tomek sprzętem przewodnika a ja w efekcie ja miałam jedyną okazję przejechać się Himalayanem Tomka. 
Himalaje 2019_0...
W tym składzie zawróciliśmy na rondzie i dotarliśmy do oczekujących. Kontrola sprzętu przebiegła pozytywnie. Zostałam objęta ochroną i ruszyłam jako pierwsza, tuż za przewodnikiem.  

Może skupię się na widokach i tym, co się działo na drodze niż na prędkości, którą skutecznie z początku blokowałam. Przyznam się, że z jednej strony nie ufałam temu co widziałam na drodze. Jazda bez zasad i ograniczeń. Z lewej strony. Pośród wojskowych ciężarówek pojawiających się znikąd. Zwłaszcza na zakrętach. Zachowywałam rezerwę i chyba ucieszyłam się kiedy, część grupy postanowiła mnie wyprzedzić i cieszyć się jazdą w swoim tempie. Może zostawałam przez to trochę z tyłu ale przynajmniej spokojnie dojeżdżałam na każdy postój. Zwykle inni mieli po porostu dłuższy odpoczynek J. Ale jak to Tomek stwierdził, umiejętności ewoluują, tak że zanim wyprawa się skończy to nauczę się porządnie jeździć. I tej wersji trzymałam się od tej chwili.

Wracając jednak do naszej wyprawy...  Pierwsze dwa dni to była trochę rozgrzewka. Droga asfaltowa, może odrobina przypadkowego szutru. Spokojna jazda po okolicy. Takie ok 200 km w planie, przed dotarciem do pierwszego noclegu. Wyjeżdżając z Leh mijaliśmy liczne posterunki wojskowe. Transgraniczne tereny Kaszmiru, są terytorium, o które od lat 40-tych ubiegłego wieku toczy się nieustanny spór między Indiami i Pakistanem. Trzy krótkie acz krwawe wojny wykańczały obie strony. Pierwsza z nich w 1947 roku została zakończona z pomocą ONZ, kolejna nie wniosła rozwiązania. Po wygranej przez Indie trzeciej wojnie, wywołanej powstaniem w Bangladeszu, w 1971 roku został podpisany traktat pokojowy. Tym samym sprawa w zasadzie powinna być uznana za zakończoną ale w rzeczywistości do dnia dzisiejszego żadna ze stron nie zrezygnowała z wojskowych fortyfikacji, kontrolujących wszystko i wszystkich. W tym nas. Bowiem przed wyjazdem nasi przewodnicy zbierali paszporty, które były hurtem okazywane na granicy i tym sposobem szybko i bezboleśnie mijaliśmy kolejne posterunki.

Himalaje 2019_0...
Po prawie dwóch godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na krótki lunch. Chyba dla wszystkich był to długo oczekiwany moment. W pierwszym odruchu pochłonęliśmy  kilka litrów wody a w lokalnej knajpie uraczyliśmy się kawą, herbatą i smażonym ryżem z warzywami. Spalone kalorie na bieżąco były uzupełniane emocjami i adrenaliną. Nad nami górowała kolorowa stupa z posągiem jednego z wcieleń buddy. Taka nasza przydrożna kapliczka tylko w wymiarze XXL. Ów przystanek stał się też okazją do małych modyfikacji jazdy. Po drodze mijaliśmy bowiem zupełnie nieziemskie krajobrazy górskich szczytów, mieniących się w słońcu różnymi odcieniami beżu, lodowcowe rzeki o przepięknym szmaragdowym kolorze, małe wioski powstałe w dolinach i tworzące zielone enklawy w tej bardzo surowej krainie. I to wszystko mijaliśmy wpatrzeni w asfalt, zachowując maximum ostrożności na krętych, pełnych zakrętów drogach. A piękny świat zostawał gdzieś z boku. Zatem nowe ustalenia wzbogaciły nasz rajd o punkty widokowe. Wybrane, ponieważ jakby chcieć zatrzymać się przy każdym z takich widoków to zapewne teraz bylibyśmy mniej więcej  w połowie wprawy… 
Himalaje 2019_0...
cdn...