Sycylia 2019
Sycylia.. długo przyszło mi na nią czekać a to jeden z Top 10 na mojej podróżniczej liście. I zupełny przypadek. Chwila zwyczajnej, kurtuazyjnej rozmowy z Olą i oto nagle moja Sycylia stała się bardziej realna niż mogłam jeszcze dzień wcześniej o tym pomarzyć. Jak tylko odłożyłam telefon, stałam się szczęśliwą posiadaczką biletu do raju. Obraz rybackich miasteczek, prawdziwej pizzy, słońca południa to był  plan, który rozgrzał zbliżający się ostatni tydzień listopada… a wszystko to w stóp dymiącej Etny. To nie mogło ułożyć się lepiej.


Był piękny, słoneczny i ciepły listopadowy poranek. Etna przywitała nas już na lotnisku w Katanii. Jej górujący nad wyspą, ośnieżony szczyt był wyjątkowo dobrze widoczny i był zapowiedzią nadchodzącej przygody. Dla naszej wygody zorganizowaliśmy sobie transfer z lotniska do naszego nowego domu na południowym wybrzeżu Sycylii. Na miejscu wg podanych instrukcji wzięliśmy sobie klucz z umówionego miejsca i weszliśmy do małego tajemniczego ogrodu, pełnego zielonych bananowców.  Naszym oczom ukazała się piękna, stara willa, lekko nadszarpnięta zębem czasu ale wciąż urzekająca wspaniałą architekturą, zdobieniami i kolorami zachodzącego słońca, na tle błękitu morza. A to był dopiero początek. Po otwarciu niebieskich, zewnętrznych drzwi, do złudzenia przypominających okiennice, tylko takie duże, weszliśmy do klimatycznego wnętrza. I tu zaczęły się niekończące ochy i achy. Każde pomieszczenie było zupełnie inne, w innym wystroju, z kamiennymi podłogami, stylowymi meblami, łazienki utrzymane w klimacie południowym. Wszystko do siebie pasowało, było spójne, sycylijskie. Wyszliśmy na taras i z całą pewnością teraz na pewno znaleźliśmy się w raju. Nasz dom, podobnie jak sąsiednie wille stał na skraju wielkich skał, o które z wolna uderzały fale. Pod nami były schody do zejścia wprost do szafirowej wody. To wszystko było niezwykłe. Jakbyśmy się przenieśli w czasie w lata 20-te. Wokół panowała cudowna cisza a szum morza dopełniał uczucia, że oto właśnie nasze krótkie wakacje możemy uznać za rozpoczęte. I to jak..

Ten dzień rozpoczęliśmy fantastycznym sycylijskim śniadaniem. Zlokalizowany w bliskim sąsiedztwie market miał wszystko czego potrzebowaliśmy. Od świeżych owoców, przez lokalne przepyszne sery, oliwy aż po stołowe, kartonowe wino, co było idealnym wykończeniem porannego posiłku. Następnie udaliśmy się na eksplorację najbliższych okolic. Po drodze do klimatycznego rybackiego portu odkryliśmy jeszcze piekarnię, gdzie ciepłe jeszcze pieczywo wraz z fantastyczną oliwą z oliwek stało się naszą podstawą żywieniową na najbliższe dni. Tak naprawdę wszystko co lokalne znalazło uznanie w naszych oczach, piwo, kawa, pizza.. i nieograniczony dostęp do słońca. Jednogłośnie uznaliśmy, iż ten wieczór należy zakończyć we włoskim stylu co udało nam się zrealizować w tutejszej pizzerni. Zestaw z piwem może do najtańszych nie należał ale było warto. Nasz podróżniczy grafik był dość napięty a dni mało zatem nie przeciągając tematu już następnego dnia udaliśmy się w drogę do Palermo. To miało być spotkanie z historią psa, który jeździł koleją, sławą tego miasteczka aż wreszcie z Katakumbami Kapucynów. Będąc w posiadaniu wynajętego busa dotarliśmy dosłownie do samego centrum. Nie mniej z pomocą w miarę niezawodnej nawigacji brukowanymi uliczkami przemieszczaliśmy się w kierunku portu. Spacer po historycznym miasteczku raz za razem wprawiał nas to w zachwyt to w zdumienie i zaskoczenie ilością zalegających zanieczyszczeń. Z pewną dozą nieśmiałości ale zachęceni wizją świeżości lokalnych przysmaków zanurzyliśmy się w uliczki pełne straganów, pachnących owocami, wypełnionych kolorowymi warzywami i koszami z orzechami z całego świata. Po drodze minęliśmy mocno oblegany stragan z owocami morza i rybami z porannego połowu. Och było ciekawie, smacznie, egzotycznie. Z drobnymi zakupami wróciliśmy na nasz szlak. Wysokie kamienice ciągnące się wzdłuż wąskich uliczek zdecydowanie odczuły na sobie ząb czasu. Rzadko kiedy mogliśmy zaobserwować jakiekolwiek prace remontowe i jeśli nawet takie właśnie, lekko nadkruszone fasady dodawały uroku to jednak na dłuższą metę los niektórych budowli mógł być nieco niepewny nawet w niedalekiej przyszłości. Ale klimatycznie było. Od czasu do czasu mijaliśmy małe galerie sztuki, które w swoich oszklonych witrynach kusiły wspaniałymi wyrobami. Brukowane ulice lśniły w południowym słońcu a my czuliśmy już zapach morza. Aż wreszcie z jednej z uliczek wysypaliśmy się na piękny pirs, gdzie przy pływających kejach w półkolistym porcie stały zacumowane jachty. Nad Bałtykiem już dawno było po sezonie, ale tu dało by się spokojnie jeszcze postawić żagle i wypłynąć na nadal ciepłe o tej porze roku Morze Tyrreńskie. Och może kiedyś właśnie tu pożegluję? Jeszcze tu nie pływałam 😊 cdn wkrótce..