I właśnie Kolumbia stała się naszym najbliższym celem. Kraj, który jako jedyny w Ameryce Południowej sięga od oceanu Atlantyckiego do Pacyfiku.
Wyprawę zaczęłam organizować z Izą, którą poznałam na fb po naszym powrocie z Himalajów. Potem było spotkanie w Krakowie i tak, przy aromatycznej herbacie na Brackiej powstał plan niezwykłej podróży. To miała być kolejna motocyklowa przeprawa przez północną część Kolumbii.
Ale wszystko zaczęło się od długiej odprawy po przylocie do Bogoty. Żeby się przedostać przez wnikliwie sprawdzającą każdy dokument straż celną należało okazać poza paszportem wypełniony formularz imigracyjny ale przede wszystkim przedstawić adres hotelu, w którym oto mamy ochotę się zatrzymać. I tu przyszła nam, nie pierwszy i nie ostatni raz, Iza. Wspomnę, iż przy wylocie, na naszym rodzimym Okęciu zadano nam to samo pytanie. Byłam kompletnie zaskoczona, zwłaszcza że pierwszy tydzień miałam spędzić w dżungli. Trudno określić położenie drzewa czy polany przy której mieliśmy się zatrzymać i przenocować ? Tu Iza podesłała mi namiar na hotel, w którym mieliśmy się spotkać już całą grupą. I choć ta rezerwacja była na tydzień później to, ku mojemu zdziwieniu przeszło. Pani przy odprawie w Warszawie też nie była jakaś mocna czepliwa w tym temacie ale w Bogocie.. tu mogło się to nie udać. Zatem na szybko Iza zarezerwowała nam na 10 min przed podejściem do groźnego celnika rewelacyjny Masaya Hotel. Ten punkt programu został zaakceptowany ale nadal nie był to koniec przygód przy odprawie. Podejrzenia wzbudził mój świeżutki paszport. Najwidoczniej jeszcze rzadko spotykany w tym, numerycznym wydaniu. Nie mniej wyższy rangą urzędnik, po obejrzeniu go przez znacznie powiększające szczegóły szkło, uznał że można mnie wpuścić i życzyć miłego pobytu. A zatem tak oto znalazłam się oficjalnie i legalnie na kolumbijskiej ziemi.
Bogota była jedynie tranzytem, z jednej strony dlatego, iż niekoniecznie polecano tu coś do zwiedzania, z drugiej, że pogoda nie zachęcała do wyjścia z lotniska a z trzeciej już jutro czekała mnie wyprawa w góry, z odległej o nieco ponad 900 km Santa Marty. Należało się śpieszyć bo było już mocne popołudnie. O moim pośpiechu natomiast nic nie wiedziały lokalne linie lotnicze VivaAir i lot, i tak późny bo po 19,00 został przesunięty na 20.20. No cóż w takich przypadkach niewiele można zrobić tylko czekać. Czekałam i ja ? ale się doczekałam. I warto było. Santa Marta przywitała mnie upalnym, wilgotnym powietrzem, pomimo już nocnych godzin. Do hotelu przejechałam lokalną, oficjalną – co jest dość istotne w kategoriach bezpieczeństwa – żółtą taksówką. Masaya welcome home ?
Pokój z klimatyzacją, nie do końca odczuwalną, ale dającą poczucie ruchu powietrza, okazał się najlepszym czego można sobie zamarzyć po tak długiej podróży. Szybka kąpiel i trochę snu, pomogły mi się szybko zregenerować a czasu było niewiele na dłuższe leżakowanie. Śniadanie na dachu hotelu było po prostu super. Świeże owoce, omlety, wyciskany sok i herbata. Ta ostatnia nie jest czymś zwyczajowym w Kolumbii, bo tu się pije kawę, więc tym bardziej doceniłam jej dostępność. Wszystko wokół pachniało słońcem, morzem, kawą i nadchodzącą przygodą. A ta miała się zacząć dosłownie za chwilę. Niemal tuż za rogiem była nasza agencja, gdzie zostaliśmy podzieleni na grupy, dostaliśmy swoich przewodników i ruszyliśmy konwojem jeepów na miejsce początku szlaku. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy wjeździe do parku, dostaliśmy niebieskie opaski na rękę, żeby było wiadomo skąd jesteśmy i pojechaliśmy górskim offroadem do miasteczka El Mamey. Ze sobą mieliśmy tylko małe, podręczne plecaki ze zmianą bielizny, jakaś koszulka, spodenki, drobne kosmetyki i dużo specyfików na komary. To ostanie może wręcz uratować życie i trzeba mieć tego w zapasie. Tak wyposażeni, na dobry początek dostaliśmy super obiad w jednej z jadłodajni w miasteczku i ruszyliśmy w głąb dżungli. Jeszcze przechodząc przez miasteczko zwróciłam uwagę na bardzo skromne życie mieszkańców. Dzieciom do zabawy wystarczyły jakieś metalowe koła, kobiety wyplatały ich słynne torebki z włókien agawy, mężczyźni zaopatrzeni w maczety szykowali muły do wyjścia w góry. Na ich grzbietach było dosłownie wszystko i nie były to lekkie pakunki. W licznych kartonach były zgrzewki wody, napojów, jedzenie, butle z gazem, łózka, materace, owoce, narzędzia i co tylko może się przydać ludziom w buszu.
Aby dotrzeć do Zaginionego Miasta, trzeba przez kilka dni przedzierać się przez tropikalną selwę, a nie jest to lekki marsz. Słońce, wysokość, temperatura i wilgotność robią swoje. Pot z człowieka leje się strugami, nawet gdy jest pogodnie. Bo jak już zacznie padać to mokre jest dosłownie wszystko. Już na początku wyprawy nasz super przewodnik Luis, nieco zwątpił w najnowsze wynalazki odzieży outdoorowej – przeciwdeszczowej i rozdał nam po jednym, zwykłym, czarnym worku na śmieci. To miała być nasza broń na tropikalny deszcz, a to że nam się przydarzy to było pewne. Pierwszego dnia, do samego zachodu słońca mogliśmy podziwiać krajobrazy gór Sierra Nevada, porośnięte prastarą puszczą. Jej lasy obfitują w liczne gatunki roślin i zwierząt. Duża ilość pary wodnej powoduje, że bogactwo świata roślin jest tu niebywałe. Uderza intensywność zieleni, bujność i plątanina lian, epifitów i roślin obrastających każdy centymetr kwadratowy. Nocą, królem tych lasów są puma i jaguar a w czasie dnia ścieżki są pełne motyli w pomarańczowych, żółtych i niebieskich kolorach. Z początku droga wspinała się lekko w górę ale były momenty naprawdę niezłej wspinaczki. A droga, spływająca błotem, wypełniona śliskimi kamieniami, przecięta licznymi strumykami zaczynała dawać się we znaki. Ale byliśmy dzielni i przez zachodem słońca dotarliśmy na nasz pierwszy nocleg. Zbawienny prysznic w zimnej górskiej wodzie i wspaniała kolacja złagodziła nieco trudy pierwszego dnia wędrówki. Każdy dostał w przydziale swoje łóżko z moskitierą, ciepłym kocem i poduszeczką. Pouczeni przez Luisa, żeby nie zostawiać rzeczy na zewnątrz, uważać na skorpiony zasnęliśmy długo wyczekiwanym snem.
Pobudka o 5 rano nawet nie była taka zła ? przy takiej zmianie czasu, tj. 6 godzin do przodu od polskiego czasu dla mnie to było jak niemal 11 przed południem. Szybka wizyta w łazience, śniadanie i… mały wypadek. Jedną z naszych współtowarzyszek ugryzł skorpion, który ukrył się we wnętrzu plecaka. Wyciągnęłam leki antyalergiczne jakie miałam, ktoś podał wodę, ktoś zabił skorpiona… Wyprawa ruszyła dalej. I znów znaleźliśmy się w zielonej puszczy, wśród rajskiego śpiewu ptaków, naturalnych plantacji kawy i słońcu. Było bajecznie, choć z każdym krokiem w górę nieba nabierało dziwnie sinawego koloru. W dżungli idzie się niemal cały czas pod górę, wielokrotnie przeprawiając się przez rzekę Buritaca, a potem schodzi się ostro w dół. Podczas długich wędrówek kolumbijscy Indianie polecają żucie liści koki, które uważane są przez nich za świetne lekarstwo na zmęczenie. Ja się jednak nie skusiłam a może warto było, ech…
Wędrując niełatwym szlakiem mijamy osady mieszkających tu Indian Kogi, którzy uważają się za potomków legendarnych założycieli Ciudad Perdida. Żyją do dziś na zboczach gór Sierra Nevada, które nazywają sercem świata. Należą do ostatnich prekolumbijskich plemion żyjących zgodnie ze swymi tradycjami od 500 lat. Są też potomkami cywilizacji Tairona. Mówią o sobie, że są Starszymi Braćmi, wszystkich pozostałych ludzi nazywają Młodszymi Braćmi. Różnica między nimi a nami polega na świadomości czym naprawdę jest przyroda, traktując naturę jak żywy organizm, który potrafi być wrażliwy na zmiany, może chorować i o który należy dbać. Według tego podejścia cała Ziemia jest święta a ich zadaniem jest opiekowanie się światem, jego ochrona i czuwanie nad nim. Żyją rozproszeni wysoko w górach, w licznych wioskach połączonych wielkim systemem traktów i kamiennych dróg. Czasami nad zielonym dachem lasu widać pojedyncze, szare dachy pokryte liśćmi palm i bananowców.
W czasie naszej wędrówki docieramy od czasu do czasu do miejsca chwilowego odpoczynku. Zwykle jest to po około dwóch godzinach marszu. Czekają na nas mieszkańcy tych okolic i ludzie, którzy są członkami agencji organizujących wyprawy. Z przyjemnością łapiemy oddech przy tacy wypełnionej pomarańczami, arbuzami czy pomelo. Każde z nich jest po prostu zbawieniem w tych tropikach. Tak jak butelka zimnej wody. Jest potwornie gorąco a w powietrzu lata potworna ilość moskitów i muszek. To sine niebo, które zaczęło się pojawiać nad naszymi głowami w pewnym momencie wpuściło na nas niezłe strugi deszczu. Teraz można było przetestować wszelkie nowe technologie ochrony przed deszczem. Każdy wyciągnął co miał. A deszcz lał nieustannie. Przemokła kolejna warstwa ubrań, moje byty poddały się drugiego dnie i w prawym odpadła podeszwa. Stojąc w deszczu patrzyłam z niedowierzaniem tą nową sytuację. Na naszej ścieżce pojawiła się francuska para, która poratowała mnie kilkoma trytytkami i jakoś dało radę ? do czasu… na najbliższym postoju musiałam nieco zmodyfikować mój patent i sposobem na to okazał się sznurek podarowany przez polską parę młodych włóczykijów. Sznurek się sprawdził. Deszcze nabierał mocy. Do naszego drugiego noclegu mamy podobno tylko półtorej godziny ale to już nie jest to samo jak w słońcu. Ziemia pod naszymi stopami rozlewa się dosłownie, wszyscy grzęźniemy w błocie. Szukamy jakichś podpórek ale to wszystko na nic. Dżungla wessała nas całkowicie i pokazała, kto tu stawia warunki do przeżycia. Zrobiło się nieprzyjemnie mokro a do tego zmęczenie, które spotęgowane nieustającym deszczem zaczęło jeszcze bardziej dawać we znaki. W końcu docieramy na nasz drugi nocleg. Z nieukrywaną radością korzystamy z prysznica, dostajemy cudowną kolację i jeszcze tylko staramy się znaleźć jakiś kawałek sznurka, na którym można by rozwiesić mokre rzeczy. Robię to bez przekonana bo mam świadomość ile wilgoci unosi się w powietrzu. Czyli na wyschnięcie czegokolwiek marne szanse. Kładę się spać. Pobudka jak zwykle 5 rano. Pachnące śniadanie i przed nami ostania prosta. Jeszcze tylko przeprawa ruchomym wagonikiem, przeciąganym nad rzeką – muszę dodać iż jest to zupełnie świeża konstrukcja, sprzed dosłownie miesiąca. I już tylko 1260 wąskich, pokrytych mchem schodów, wśród gałęzi i korzeni.. ale po przejściu tych dwóch dni przez dżunglę, wspinaczka po kamieniach, ułożonych w schody jeszcze przez założycieli zaginionego miasta, wydaje się być niemal rozrywką. W myślach miałam tylko wizję, że wejść to nic ale zejść po nich, nie zjechać i się nie zabić to będzie coś ? Wspinaczka jest niezłym wyzwaniem choć w efekcie trwa nie tak długo jak się obawialiśmy. Schody pną się ostro w górę. Raz za razem jest jakiś mały zakręt i nadzieja, że to już ale tam jest tylko kolejny zakręt. Aż wreszcie jest …
Zaginione Miasto niegdyś, gdy nazywało się jeszcze Teyuna, było stolicą państwa Indian Taironów, zamieszkujących masyw Sierra Nevada de Santa Marta (północno-wschodnia Kolumbia). Dziś, zwane Ciudad Perdida, to jeden z najważniejszych zabytków Ameryki Południowej z czasów prekolumbijskich. Indian tych uznaje się też za twórców późno-prahistorycznej kultury zwanej współcześnie kulturą Tairona.
Kultura Tairona rozwijała się około 700 lat, między 900 a 1600 n.e., a szczyt cywilizacyjnego rozkwitu osiągnęła około 1000 n.e. Jednym z największych jej stanowisk jest Pueblito, gdzie odkryto około 3000 domostw i innych budowli. Taironi byli twórcami m.in. systemów irygacyjnych oraz mieszkalnych platform-tarasów formowanych w zboczach górskich. I tak tez wygląda Zaginione Miasto. Indianie wyrabiali jednobarwne naczynia ceramiczne oraz liczne ozdoby ze złota, miedzi i tumbaga, czyli stopu obu tych metali. Zasłynęli z wyrobów złotniczych o wyjątkowej wartości artystycznej (nazwa Taironi oznacza „złotnicy”), szczególnie z masek z przedstawieniami człowieka-nietoperza, motywu bardzo charakterystycznego dla sztuki Taironów czyli ptaka w locie, który symbolizował u nich władzę i moc.
Miasto powstało według precyzyjnego planu architektonicznego, mniej więcej osiem stuleci przed nasza erą, co czyni je o wiele starszym od peruwiańskiego Machu Picchu. Jest to 169 skalnych tarasów, wykutych w zboczach gór Sierra Nevada de Santa Marta. W czasach świetności mieszkało tu od 2 do 4 tys. ludzi. Wszystko skończyło się w XVI w., gdy zjawili się tu hiszpańscy konkwistadorzy owładnięci żądzą odnalezienia mitycznego El Dorado. Miasto, należące do ludu Taironi, podbite zostało przez Hiszpanów. Mieszkańcy zostali zgładzeni, a miasto przejęła natura. Bujna roślinność tak skutecznie zarosła Ciudad Perdida, że dopiero w latach 70. ubiegłego stulecia ponownie go odkryto w trudno dostępnych górskich rejonach. Przez kolejnych kilka lat szabrownicy wynieśli z katakumb niemal wszystkie kosztowności. Dopiero około 1980 roku rząd Kolumbii wziął sprawy w swoje ręce i wpuścił tam archeologów…
a potem turystów. Tym sposobem znaleźliśmy się w niezwykłym miejscu na zboczu jednej z gór, gdzie w porannych promieniach słońca cicho i należytym szacunkiem przemierzaliśmy kolejne okrągłe platformy, wsłuchując się w opowieści naszego przewodnika. Raz za razem zmienialiśmy poziom, wspinaliśmy się po pokrytych mchem kamiennych schodach. Ze zdziwieniem przyjęliśmy fakt, iż tu na górze, w zupełnie nieprzyjaznych warunkach lokalizacyjno – komunikacyjnych mieszka na stałe jeden w wodzów dzisiejszych plemion, a wraz z nim i jego rodziną kilka kotów i psów. Wokół panowała cisza i tylko śpiew egzotycznych ptaków przebujał się przez zieloną kopułę tropikalnego lasu. Widoki mieliśmy absolutnie nieziemskie. Jak jeszcze dodaliśmy do tego naszą drogę, jaką przebyliśmy żeby tu stanąć, to całość tworzyła wielką nagrodę zwieńczającą nasz wysiłek, który jednak jeszcze się nie kończył. Po pierwsze należało zejść do obozu a potem spędzić kolejne dwa dni w dżungli, żeby dotrzeć do cywilizacji. Może za samą cywilizacją mocno nie tęskniłam ale miałam nadzieję na przerwanie nierównej walki z komarami w tej dziczy. Jako, że zarówno dojście i powrót z Zaginionego miasta odbywa się tą samą drogą to wiedzieliśmy co nas czeka. Zatem najlepsze przed nami. Zwarzywszy jeszcze na fakt, iż od dwóch dni leje popołudniami jak z cebra to wizja rozmiękłej dżungli i marszu z workiem na śmieci na głowie, który i tak nie jest w stanie wszystkiego ochronić była co najmniej słaba.
Jeszcze w słońcu zeszliśmy do bazy, zjedliśmy wcześniejszy lunch i ruszyliśmy przed siebie. Wiedzieliśmy, a może tylko wydawało nam się, że wiedzieliśmy co nas czeka, więc ochoczo przyśpieszaliśmy kroku. Na nic się to nie zdało, deszcz złapał nas już po chwili, woda wdzierała się niemal wszędzie a morale trochę siadło. Strumyki, które mijaliśmy w drodze do Ciudad Perdida teraz wyglądały jak ziejące grozą wodospady Iguazu. Wszyscy, z pochyloną głową pokornie pokonywaliśmy kolejny kilometr. Wydawało mi się, że te kilometry się tylko mnożą więc kiedy wyraźnie zaczęliśmy się zbliżać do naszego noclegu nie posiadałam się ze szczęścia. Nawet drobny fakt, iż z powodu długotrwałych deszczów padła elektryka, na tyle, że nie dało się uruchomić zapasowych generatorów i nigdzie nie było prądu, to zupełnie nie wpłynęło negatywnie na moją nieograniczoną radość. W zupełnej ciemności, niekoniecznie w pojedynkę, mam na myśli małych mieszkańców dżungli, wzięłam prysznic, a nawet umyłam głowę, choć w obliczu kolejnego dnia nie miało to większego znaczenia estetycznego. Strumień zimnej i krystalicznie czystej wody postawił mnie na nogi. Z przyjemnością zasiadłam do wyśmienitej kolacji z rybą w roli głównej. Wieczór spędziliśmy przy lampce zrobionej z latarki telefonu i butelki wody. Było klimatycznie i choć perspektywa pogodowa na kolejny dzień nie była szczytem marzeń to szybko znaleźliśmy się w łóżkach. Z dżungli dochodziły śpiewy ptaków, wrzaski małp, szum przewalającej się wody w rzece. Sen przyszedł szybko.
Ostatni poranek w górach. 5 rano, wilgotne rzeczy spakowałam do plecaka, wcisnęłam ostanie suche skarpety i worki na stopy. Z tym zestawem ochronnym wcisnęłam się w mokre nadal buty. Ca za masakra. Ale wyjścia nie ma, jakoś musimy stąd wrócić do domu. Szliśmy znanym już szlakiem. Było tylko nieco bardziej mokro, błotniście i ślisko. Ale wyszło słońce i dzięki temu było jakoś znośniej. Do czasu, kiedy obudziły się stada głodnych komarów, które bezwzględnie wyczuły świeżą krew. Atak był niewidoczny, na początku nawet nie odczuwalny. Wydawało mi się, że tylko trochę bardziej się pocę, częściej wycieram a tym samym ścieram ochronną mugę. O skutkach tego działania przyszło mi się dowiedzieć już wkrótce. Jako, że droga co raz zmieniała swój stan skupienia to i nasze skupienie również skierowane było w tą stronę. A komary robiły swoje. Doszliśmy do miejsca pierwszego noclegu. Krótki postój zaowocował chwilową zmianą składu naszego zespołu. Starszy, kolumbijski odkrywca Raul zdecydował się na przejechanie kawałka drogi konno, ale tylko ze względu na ból w kolanach. Inaczej nie podjął by takiej decyzji. A my ruszyliśmy dalej. Już po 15 krokach pod strome podejście pozazdrościłam mu tego pomysłu. Co za koszmar. Pomału zaczynałam rezygnować z życia… jeszcze tylko 300 metrów. W normalnych warunkach była by to czysta przyjemność ale tu zaczynały się problemy. Wilgoć w butach też robiła swoje. Jeszcze trochę, już tak niedaleko… instynkt przeżycia był jednak tak silny, że nie poddałam się. Kilka kilometrów dalej zaczęłam rozpoznawać znajomy krajobraz początku trasy. Do domu było jeszcze bardzo daleko ale jakby trochę bardziej po twardym gruncie. I to słońce ? Wracaliśmy bez pośpiechu. Na ostatnich metrach przed wioską Mamey spotkaliśmy grupę, która właśnie oto ruszała w nieznane. Wszyscy uśmiechnięci, pełni optymizmu, w czystych ubraniach i suchych butach. Biedacy, jeszcze nie wiedzieli co ich czeka. Trochę z powątpiewaniem patrzyli na stan naszego odzienia. A my, nie szczędząc im katastroficznych wizji, żegnaliśmy ich życzeniami niezapomnianych wspomnień. I były to jak najbardziej trafione życzenia ze 100 procentową szansą na ich spełnienie.
A my wróciliśmy do naszego punktu wyjścia, czyli jadłodajni, gdzie 4 dni temu jedliśmy nasz pierwszy posiłek w dżungli. Wtedy z pewnym powątpiewaniem patrzyliśmy na tych, którzy wracali. Na ich zabłocone buty, pogryzione, opuchnięte ciała, zmęczenie i radość. Teraz wyglądaliśmy dokładnie tak samo. Ja wyglądałam jak biedronka, z wielkimi śladami ugryzień, często już w fazie jakichś wielkich alergicznych odczynów. Swędziało niesamowicie. Zdjęłam buty i z przyjemnością założyłam sandały. Co to była za ulga. Tak nieco odmienieni wsiedliśmy do znanego jeepa i wróciliśmy do cywilizacji, do Santa Marty. Tu z pomocą Luisa ogarnęłam nocleg na zbliżającą się noc i tym sposobem zakończyłam pierwszy etap wyprawy w Kolumbii…
Po pierwsze prysznic i wszelkie maści, które mogły uśmierzyć swędzenie. Na niewiele się to zdało ale wierzyłam, że rano będzie lepiej. Sen przyszedł szybko. A rano lepiej nie było. Nadal swędziało, wręcz bolało, było opuchnięte i nieznośne. Walczyłam, bo wiedziałam, że przecież trzeba ruszyć w dalszą drogę a przed nami nasz główny cel – motocyklowa przeprawa przez północną część tego cudownego kraju. Póki co przede mną wolny dzień w Santa Marta, która jest jednym z najstarszych miast Ameryki Południowej, a którą wyróżnia pięknie zachowana, kolonialna architektura. Jednak pomimo tego, że znajdziemy tu sporo zabytków, to na przestrzeni lat miasto wypełniło sporo chaotycznej, nie do końca przemyślanej zabudowy. Mimo wszystko warto tu wpaść, by wypocząć na jednej z plaż. W samym mieście koniecznie należy się przespacerować po promenadzie - Carrera 1c, odwiedzić Muzeum Złota (Museo del Oro) oraz katedrę. Santa Marta znana jest również z całkiem bogatej oferty życia nocnego. Najwięcej knajpek znajdziecie przy nadmorskiej promenadzie. Imprezy trwają tam do bardzo późnych (lub jak kto woli wczesnych) godzin nocno-porannych. Dla mnie jednak najważniejsza była pralnia i to ten przybytek stał się największą atrakcją, odnalezioną na pobliskiej ulicy. Oddałam nasiąknięte tropikalnym deszczem ubrania i poczułam się lżejsza o kilka kilogramów. Z pomocą Izy nabyłam jakąś lokalną maść na ugryzienia, posmarowałam się cała i czekałam na cud. W międzyczasie na horyzoncie pojawili się kolejni, spragnieni przygody uczestnicy wyprawy. Na lotnisku w Bogocie zameldowali się: Mirela, Kasia, Asia, Tomek, Staś, Leszek i Tomek. Ten cudowny skład, poznany na wyprawie w Himalaje, gwarantował wspomnienia najwyższych lotów. Z małymi przygodami dolatywali do Santa Marty ale w efekcie, późnym wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na kolumbijskiej ziemi, ciesząc się jak dzieci ze wspólnego spotkania. Nie obyło się bez toastów, opowieści i wspomnień. Czas napisać nowe…
Lokalne śniadanie, gdzie dominowały jajka i ich przerobione wersje postawiły wszystkich na nogi. Jeszcze w klimatyzowanych pokojach ubraliśmy część niezbędnych motocyklowej odzieży i wyruszyliśmy na podbój Kolumbii. Najpierw do Adriana, Francuza który od 5 lat mieszka z rodziną w Santa Marcie i spełnia motocyklowe marzenia. Mocna nadszarpniętym zębem czasu pickupem dojechaliśmy do wypożyczalni Adriana. Odebraliśmy sprzęty i zapakowani wg wskazówek Izy w małe plecaki, resztę bagaży zostawiliśmy pod opieką lokalnego kierowcy, który wybrał się z nami na 8-dniowe wakacje ?
Pierwszy dzień na motocyklach był, mówiąc szczerze dość wymagający. A był to trzy-godzinny off road w dżungli. I dał nam w kość. Okazało się, że pierwszy fragment trasy był tą samą drogą, którą kilka dni wcześniej wspinaliśmy się jeepem, do wioski Mamey, skąd zaczynaliśmy nasz trekking do zaginionego miasta. A już wtedy przejazd terenówką dostarczył nam nie lada emocji. Tego dnia mogliśmy się zmierzyć z górskimi przewyższeniami, kanionami, leśnym szutrem i przeprawami przez rzekę, siedząc na swoich motocyklach i ściskając mocno podskakującą na wybojach kierownicę. Oj działo się ? Dzielnie dotarliśmy do wioski ludu Kogi, a chwilę później już byliśmy w okolicach rzeki Don Diego. Miał być to czas na relaks i pływanie ale jakoś chętnych zabrakło. Chyba wystarczająco wody mijaliśmy po drodze i po takim dniu wszyscy marzyli, żeby wyjechać na prostą drogę. A ta, już o zmroku, zaprowadziła nas do Palomino, do naszego pierwszego noclegu w jednym w tutejszych hosteli. Jak się okazało było to znane i popularne miejsce, w hippisowskim stylu, w otoczeniu bujnej dżunglowej roślinności, z basenem i niezwykle uprzejmymi gospodarzami. Noc zapadła dość szybko, za okienną moskitierą tętniło życie lokalnej fauny. Tuż przed zaśnięciem pomyślała, że dobrze by było nie obudzić się z jakimś egzotycznym towarzyszem, ale na to nikt nie mógł nam dać żadnej gwarancji.
Jeśli chodzi zaś o samo Palomino, to jest ono położone 75 km na wschód od Santa Marty, przy rzece o tej samej nazwie. Miejsce to od kilkunastu lat przeżywa niezwykły boom turystyczny. Z powodu wojny domowej 15 lat temu nie było w Palomino ani jednego hotelu, a obecnie jest ich ponad sto. Jeśli ktoś 20 lat temu kupiłby kawałek ziemi i teraz go odsprzedał, to zysk z inwestycji byłby porównywalny do fenomenu bitcoina. Ten turystyczny sukces wynika z faktu, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie: zarówno miłośnik gór jak i morza; osoba, której marzeniem jest poznać nowych podróżników, jak i ta, która woli samotnie kontemplować piękne krajobrazy. Jedną z głównych atrakcji Palomino jest tzw. tubing, czyli spływ na dętkach samochodowych po rzece Palomino z gór Sierra Nevada de Santa Marta do Morza Karaibskiego. Jeśli ktoś chce poznać kulturę społeczności Arhuacos i Kogi, potomków prekolumbijskiej kultury Tayrona, to Palomino jest również dobrym punktem wyjścia, ponieważ w samym Palomino można ich łatwo spotkać, a na pewno rozpoznać po białych, tradycyjnych strojach. Mieszkający blisko cywilizacji Aruacos i Kogi przejęli sporo zwyczajów zachodniego świata i przeważnie nie są to rzeczy pozytywne. Kiedy w XVI wieku Hiszpanie dokonywali eksterminacji rdzennych mieszkańców na całym kontynencie południowoamerykańskim, kultura Tayrona schroniła się w niedostępnych dla Hiszpanów górach Sierra Nevada de Santa Marta i żyła w izolacji od świata do lat 50-tych XX wieku. Dlatego też dziś możemy jeszcze poznać ich tradycyjne życie, przemierzając między innymi niedostępne górskie szlaki.
Leniwie, z małym ociąganiem się przed założeniem motocyklowych ciuchów w kolejny upalny kolumbijski dzień budzimy się w Palomino. Śniadanie nieco budzi nas do życia, choć dla mnie kolejna porcja jajecznych omletów jest nie do wytrzymania ? generalnie nie lubię jajek a serwowana tu jajecznica, którą ewentualnie jestem w stanie pochłonąć, jest wysmażona na wiór. Ta wyprawa będzie pod znakiem przewidywalnych śniadań i wszechobecnych jaj. Al. Coś trzeba jednak zjeść, ponieważ przed nami przejazd po drogach pustynnych regionu La Guajira, jakieś 6 godzin z Palomino do Cabo de la Vela. Początkowo jedziemy asfaltową drogą.
W mieście Manaure robimy krótki postój na tankowanie i nieco dłuższy na lokalny chłodny shake z mango, pomarańczy, grejpfrutów i wszelkich innych, nieznanych nam, składników. Są cudownie orzeźwiające w nieznośnym upale. W tym czasie jeden z naszych motocykli przechodzi mały lifting, w zakresie sprzęgła czy czegoś tam. Przyglądając się życiu na centralnym placu miasta, będącym równocześnie wielkim rondem czekamy na zakończenie prac. Na stacji benzynowej, jak zwykle, ustawiamy się w nierównej kolejce, wzbudzamy stosowne zainteresowanie ale też okazuje się, że Kolumbia to kraj gdzie niemal połowa pojazdów kołowych na ulicach to motocykle więc i motocykliści nie są jakimś zjawiskiem z kosmosu. Nieco giniemy tłumie. Nie jest to jednak jakiś problem a wręcz przeciwnie. Czujemy się już częścią tego, pokrytego kurzem, krajobrazu. Ruszamy. Po drodze dojeżdżamy jeszcze się do miasta Uribia, zwanej także stolicą autochtonów kolumbijskich, a gdzie kończy się droga asfaltowa i zaczyna safari po pustyni. Jedziemy bez pośpiechu, ciesząc się bezkresem utwardzonego piachu, na którym zostawiamy kolejne ślady opon, rysując zakręty, ścigając się pomiędzy pustynnymi kępami krzaków. Popołudniowe słońc przepięknie oświetla nadmorski krajobraz. Zatrzymujmy się przy wraku łodzi rybackiej, stojącej na opuszczonej plaży. Znikąd pojawiają się miejscowe dzieciaki, próbujące nam coś sprzedać albo tylko się przywitać. Jest przepięknie, egotycznie i niemiłosiernie gorąco. Po około półtorej godziny wspaniałej jazdy po pustyni dojeżdżamy się do małej wioski rybackiej. Droga z Uribii do Cabo de la Vela jest niezapomniana. Przemierzając w popołudniowym słońcu piaski pustyni, zostawiając ślady na miałkim podłożu, upajając się jazdą wzdłuż Morza Karaibskiego, niewątpliwie zahaczamy o jakiś kawałek raju. Po drodze konieczna jest sesja fotograficzna na tle wraku kutra rybackiego, stojącego na brzegu. Bez pośpiechu przejeżdżamy przez miasteczko. Niemal na samym końcu drogi wita nas dzisiejszy gospodarz. Parkujemy nasze motocykle za restauracją. Z prawej strony stoi kilka kolorowych domków. Po drugiej stronie czekają na chętnych równie kolorowe hamaki. Łapiemy szybki prysznic, oszczędnie zużywając wodę, która w tej części kraju jest na wagę życia.
Jesteśmy bowiem w La Guajira – departamencie Kolumbii, który w większości leży na półwyspie o tej samej nazwie, w północno-wschodniej części kraju i jest jednocześnie najbardziej wysuniętym na północny-wschód departamentem. Suchy, surowy, pozbawiony naturalnych ujęć wody, nieułatwiający życia kawałek Kolumbii. Od strony zachodniej jego granicę wyznacza rzeka Palomino, od strony wschodniej graniczy z Wenezuelą, a od północy obmywają go ciepłe wody Morza Karaibskiego. Stolicą departamentu jest miasto Riohacha. Region ten urzeka swoją różnorodnością. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie zażywając kąpieli w tropikalnym morzu można jednocześnie podziwiać ośnieżone szczyty gór sięgające prawie 6 tysięcy m. n.p.m., a 150 km dalej stąpać po piaskach pustyni, przypominającej Saharę. To także miejsce, gdzie piaski pustyni spotykają się z ciepłym morzem, deszczowym lasem tropikalnym i niepowtarzalną kolorową kulturą zamieszkującą od wieków ten region ludnością autochtoniczną Wayuu. Żyją tu różnorodne plemiona rdzennych mieszkańców, w większości zajmujące wypalone słońcem nieużytki a największym pracodawcą w departamencie jest kopalnia węgla kamiennego Cerrejón, produkująca 24,9 miliona ton węgla rocznie.
Podziwiając kite-surferów, szybujących na tle przepięknego zachodu słońca, szykujemy się do kolacji. W okolicy nie ma lepszego miejsca na ten sport.
Wszyscy marzą o wypoczynku. To był długi dzień.
Asia ze Stasiem i Leszkiem adoptują domki a my dzielnie zawijamy się w pasiaste hamaki. To będzie gorąca noc. Nad nami rozciąga się cudownie rozgwieżdżone niebo. Cykady zaczęły już wieczorny koncert. Do snu kołysze nas szum fal Morza Karaibskiego. Nie sądziłam, że znajdę się w życiu w takich niewiarygodnie rajskich okolicznościach przyrody.
Dobranoc ?
Poranek jest przepiękny. Jak na razie dopada nas jedyna 22 stopnie o 7 rano. Lepiej wstać teraz bo za kilka godzin będzie jak na Saharze.
Szybkie śniadanie. Chwila pogawędki z zielonymi papugami i ruszamy. Temperatura wzrasta.
Moment, w którym musisz założyć na siebie motocyklowe ciuchy, a na dworze już jest 28 stopni, nie należy do najłatwiejszych. Czekał nas najpiękniejszy dzień podczas całej wyprawy. Dużo jazdy przez pustynię i najbardziej dziewicze tereny tego regionu, tuż przy granicy z Wenezuelą, tuż nad Morzem Karaibskim. Upał dawał się we znaki każdemu. A jedynym i najlepszym sposobem na to była jazda. Aby tylko nie zatrzymywać się bez potrzeby. Ale potrzeba była. Po pierwsze mieliśmy tu dodatkowego przewodnika a nawet dwóch. Jechali jaki pierwsi i kazali nam się trzymać jak najbliżej siebie. A to dlatego, że ten biedny lud, zamieszkujący te wyjątkowo niegościnne tereny upatrzył sobie źródło nowe dochodów. Było nim zbieranie haraczu od przejeżdżających turystów i to w dość osobliwy a zarazem niebezpieczny sposób. Rzecz polegała na tym, że przez drodze był przeciągnięty sznur, który w momencie zbliżania się samochodu czy motocykla był podrywany pod górę przez, co chyba bardziej przerażające niż zaskakujące, dzieci. Jak jechał samochód to jeszcze mogło się jakoś udać przejechać czy zerwać blokadę lub wystraszyć klaksonem. Jednak w przypadku motocykla szansa na pokonanie tej przeszkody była znikoma, zwłaszcza kiedy na drodze leżał łańcuch lub spleciony drut. Niby to mogło wyglądać na zabawę ale sprawa na niektórych punktach była zupełnie poważna. Zwłaszcza, że sami mieliśmy niefajny moment, kiedy część motocykli przejechała twz. „bramkę” nagle sznur został poderwany przed kolejnym, Prędkość była na tyle duża, że nie było łatwo wyhamować maszynę. Doszło do mało przyjemnej dyskusji. Wtedy zaczęliśmy zwierać szeregi. I ta musieliśmy się zatrzymywać przed kolejnymi bramkami. Jak bramkę obstawiły dzieci to zwykle zadowalały się słodyczami ale był przypadek kiedy tylko pieniądze przemówiły w konfrontacji z zamaskowanymi wyrostkami. Na te liczne „Pit Stop’y” nasi nowi przewodnicy mieli dość pokaźnych rozmiarów, wypełniony słodkim dobytkiem. Trzeba było jednak być czujnym ☹
Naszym celem był najbardziej wysunięty na północ skrawek ziemi Ameryki Południowej. Punta Gallinas to cypel w północnej Kolumbii, jeden z najbardziej ekstremalnych punktów tego kontynentu. Jechaliśmy przez niezwykle piękne tereny. Po horyzont rozciągał się bezkres piasku, kontrastujący z lazurowym kolorem morza, na drodze spotykaliśmy stada "pasących" się kóz, owiec, krów.. było biednie, trochę smutno, brakowało wody ale nieziemsko pięknie. W czasie drogi miałam mało przyjemną przygodę z moim motocyklem. Coś stało się w obrotami i przy jałowym biegu wchodził na wyjątkowo wysokie obroty co spowodowało, że dwa razy niemal wyrwało mi motocykl spode mnie. Raz na tyle skutecznie, ze upadłam na lewą nogę. Kolanem gruchnęłam o ziemię, zdarłam łokieć i stopę. Wyglądało to dużo groźniej, tak mi się wydawało wtedy, niż realne uszkodzenia. Tomek zajął się szybko odkażeniem rany na łokciu, sprawdził kolano i uznałam, ze jakoś dam sobie radę. Stopa trochę piekła ale nut był cały więc ruszyliśmy. Niestety na kolejnym krótkim postoju znów poderwało mi maszynę ale ją opanowałam i tak szczęśliwie dotarliśmy na obiad w małym hoteliku po środku niczego. No i tu niestety zeszłam z bólem kolana z motocykla i kuśtykając dopadłam najbliższej ławki. Byłam strasznie zła na siebie przede wszystkim za to, że nie wzięłam protektorów na kolana. Tomek znów obejrzał mi nogę ale najprawdopodobniej było to solidne stłuczenie. Poprosiłam właścicieli o worek lodu i z takim okładem czekałam ze wszystkimi na utęskniony posiłek. Ów hotelik był rodzinnym interesem lokalnych mieszkańców. Pięknie urządzony, klimatyczny, z kolorowymi hamakami, zaopatrzonym sklepikiem i cudowną obsługą. W menu znalazły się nawet owoce morza i wszechobecny kurczak. Było pysznie.
Zastanawiałam się jak dalej jechać bo kolano nie dawało za wygraną… i coś nadal piekło mnie na stopie. Po obiedzie zrobiliśmy małą roszadę. Iza pomknęła na moim motocyklu a od tej pory zostałam pasażerem Nicolasa. Nie planowałam ale dziękowałam Bogu za tą możliwość…
I tak dotarliśmy do Punta Gallinas. Od morza dzieliła nas tylko wielka, piaszczysta, połyskująca w słońcu złotym blaskiem wydma. Kuśtykając musiałam się nieco wspiąć, żeby nacieszyć się tym niezwykłym widokiem. Kilka osób zbiegło na dół żeby choć dotknąć wód Morza Karaibskiego. Reszta cieszyła się krótkim odpoczynkiem na wydmach Taroa. Dzień się kończył a przed nami była jeszcze nie najłatwiejsza droga do hotelu. Same odległości nie były może imponujące ale pokonanie nawet 30 km po piachu, przez wydmy, pod górę jest wyzwaniem.
