Tall Ship Races 2011

Gedania2011...
Gedania2011_0135 Gedania2011_0135

- Ty to chyba jesteś w ciąży – zaskakujące stwierdzenie Marka postawiło mnie do pionu, kiedy po raz kolejny zaczęłam narzekać na głowę i trochę na wędrujący po organizmie żołądek. To była nasza druga nocna wachta. Faktycznie czułam się zaskakująco nie fajnie na kolejnej fali, jaką przywitało nas morze północne po wyjściu ze Stavanger. A jeszcze dwa dni wcześniej nic nie zapowiadało tak niełaskawych warunków dla poszukiwaczy przygód….

…..Prom wypływający z Gdyni do Karlskrona był uosobieniem wakacyjnych marzeń. Nagrzany słońcem pokład, lekko owiany morską bryzą przypominał raczej plan zdjęciowy niemal z filmu niż zapowiedź niekończącej się walki o przetrwanie na Gedanii. W gościnnym wnętrzu Steny zostaliśmy bohaterami rozgrywek bingo i konkursu, jaka to melodia.

O ile w bingo udało nam się zdobyć w końcu jedną nagrodę w osobie Ewy, bowiem zaskakująco liderem trafień był sąsiadujący z nami jakiś Szwed, który raz za razem wyrywał się z radosnym okrzykiem ponad innych grających. Dość szybko też zyskał sobie naszą szczerą nieprzychylność i został okrzyknięty „rudą świnią”. O tyle w drugim konkursie nastąpiła jakaś zmowa milczenia i całość laurów zgarnęła szwedzka rodzina siedząca przy pierwszym stoliku. Zniechęceni zagadkową korupcją ostentacyjnie wynieśliśmy się z kuluarów baru Metropolitan i udaliśmy się na tylny pokład, napawając się urokami zbliżającego się szwedzkiego brzegu a tym samym żeglarskiej przygody. 

Droga przez skandynawskie rubieże jest wielką przyjemnością, choć zdaję sobie sprawę, że dla naszych dzielnych kierowców w osobach Marka, Janusz, Marcina i Wojtka może nie była to podróż sentymentalna. Naszpikowana zakrętami i niezliczonymi tunelami widokowa trasa była atrakcją chyba najbardziej dla nas pasażerów. A wśród tych znalazły się nowe cenne jednostki w naszej załodze zwłaszcza damskie. Nie to żebym narzekała na dotychczasowy znany mi męski skład, w którym przyszło mi pływać na Gedanii, ale z radością powitałam Kaję, Ewę i Agatę. Jak się okazało dziewczyny jak i ja stałyśmy się wspaniałym uzupełnieniem wacht, gdzie przypadło po jednej z nas w każdej wachcie. A skoro już o dziewczynach wspomniałam to może słów kilka o załodze. Z postaci znanych jak Kapitan Wiesław, jego zastępca Janusz, pierwszy oficer Marek i drugi oficer Wojtek to część znanego już team’u z poprzednich rejsów. Nowością okazał się weteran południowych mórz, jakim był trzeci oficer Marek. Jak się okazało zupełnym przypadkiem trafił na ofertę gdyńskiego STAP’u, szukając możliwości załapania się na morski rejs. Tak właściwie niemal przed samym wyjazdem dostał odpowiedź od Kapitana o dacie zaokrętowania się na Gedanii. Podjął wyzwanie i mam wrażenie, że nie żałuje, prowadząc jacht po wodach Morza Północnego z dzielnie walczącymi z przeciwnościami losu Ewą i Bartkiem. Ewa jak się okazało już bywała na większych jednostkach, więc pokład Gedanii był miejscem kolejnej wspaniałej przygody. Bartek z powodów obiektywnych musiał zrezygnować z planów rejsu na drugą półkulę, kiedy biuro, z którym podjął organizacyjne rozmowy nagle się zdematerializowało i z pięknego marzenia pozostało jedynie smutne wspomnienie. Ale i w tym przypadku mam nadzieję, że choć w części spełniliśmy jego wakacyjne wyzwanie.

Kaja została czwartym oficerem i miała w swojej drużynie pomoc w osobie Janusza i wyjątkowego, doświadczonego w morskim życiu Marcina. To kolejne dwie nowe osoby jakie pojawiły się w moim żeglarskim życiu. Zarówno oni jak i poznany telefonicznie nieco wcześniej Tomek, który był natomiast świeżym aczkolwiek bardzo oddanym kanaką, okazali się nieocenieni w walce z żywiołem. Marcin z racji godnej podziwu determinacji a Tomek z wszelkich innych powodów, objawiających się w niezrównanym poczuciu nastroju. W samym Stavanger dołączyła do nas również Agata, lądując na miejscowym lotnisku wprost z Dublina. Stanowiła skład drugiej wachty i z ujmującą subtelnością prowadziła kulinarne dysputy z Wojtkiem, a te należały do niemałych wyzwań.

W tym zacnym zestawie osobowym pojawiliśmy się na pokładzie Gedanii gdzie zostaliśmy dość szybko zaadoptowani przez urzędującego tu już Bosmana Grzegorza. I ta nowa rodzinna rzeczywistość z biegiem czasu coraz lepiej wychodziła nam na zdrowie. Jak się szybko okazało ścisła współpraca z bosmanem przypadła mi w udziale tuż po zaokrętowaniu. Przyzwyczajona do spontanicznych decyzji Kapitana zostałam szybko osadzona w pontonie i w towarzystwie Grzesia udaliśmy się na poszukiwanie czynnego kranu z wodą. Z dotychczasowych informacji bowiem wynikało, że za cenny płyn mieliśmy wyłożyć jakąś abstrakcyjną kasę co jedynie wzbudziło moje podejrzenia. Z doświadczenia pamiętałam, że nie specjalnie Norwegowie sobie cenią wodę do tankowania i raczej nie przypominam sobie żebyśmy kiedykolwiek musieli za to płacić. No ale realia mogły się zmienić. Pokonując portowy dok zaliczyliśmy pierwszy opad deszczu ale i dobre potwierdzające moje wrażenia doniesienia. W efekcie uzyskanych danych przestawiliśmy się z gracją na przeciwległą keję gdzie w majestacie powagi sytuacji i odprowadzani wzrokiem autochtonów rozpoczęliśmy procedurę zalania zbiorników darmową wodą, płynącą darmowym wężem. Trwało to dobrą chwilę dzięki czemu mogliśmy usatysfakcjonować wszelkich posiadaczy aparatów i stać się już na początku tej wyprawy obiektem pożądań i westchnień wielu.

Byliśmy gotowi do rejsu. Podzieleni na wachty po odprawie i uwagach wszelkich co do zasad panujących z żeglarskiej rodzinie, tłumnie jak zwykle na początku każdego rejsu, zebraliśmy się w nawigacyjnej, aby towarzyszyć aktualnie panującej wachcie w przeprowadzeniu jachtu na najblilższy nocleg lub ewentualnie łowisko. Pierwsze mile na norweskich morzach wykonał w osobie własnej Kapitan, z czasem oddając stery w godne ręce młodych adeptów sztuki żeglarskiej. Noc zapowiadała się spokojnie na upatrzonym z góry kotwicowisku. Miał to być odpoczynek dla wszystkich a przede wszystkim dla dzielnych kierowców, przed wyjściem na otwarte morze. Nikt jeszcze nie przewidywał, że będzie to cisza przed burzą. Będąc juz tradycyjnie w pierwszej wachcie czekała mnie jeszcze niejedna nieprzespana noc więc idąc wzorem innych z przyjemnością odzyskałam trochę snu. Zaczęliśmy o 8 rano śniadaniem przy jeszcze spokojnym rozkołysie akwenu w którym stanęliśmy na noc. W trakcie upływającego czasu następowało małe rozeznanie sytuacji, rozpoznanie miejsca zamieszkania na najbliższe trzy tygodnie i plany na wielkie połowy. Decyzyjność Kapitana została już też rozpoznana i w pełnym zwarciu o 9.00 poderwaliśmy kotwicę. Tym razem z sukcesem.

Niedzielny poranek, słoneczny, pełny bezkresu błękitnego morza upajał szczęściem. Łagodna fala kołysała Gedanią. Obraliśmy kurs na Inverness. Przed nami były jakiś dwie może trzy doby żeglugi. Przyglądając się urokliwym okolicznościom przyrody zostało dokonane pierwsze zarzucenie przynęty na ryby. W tym celu znane już manewry polegające na wykonaniu klasycznego tulupa i podwójnego rittbergera doprowadziły do osadzenia jachtu na tzw "górce" pieczętując to wypuszczeniem 25 metrów kotwicy. Połów jakkolwiek był nazwijmy to próbą sił pomiędzy determinacją człowieka i wyższością niemal w każdym calu morza. Szaleństwa w tym wszystkim nie było a efektownym zakończeniem owego zajścia była nierówna walka z niedającą się wyciągnąć do końca kotwicą. Próby jej podniesienia kończyły się na jakimś 10 metrze. Każde następne szarpnięcie było jedynie głuchym odgłosem pracy windy bez widocznych skutków. Nastąpiła konsternacja. Wszelkie wielkie głowy zawisły na prawej burcie wpatrując w granatową toń. Mnożyły się pomysły, rozwiązania. W ruch poszły ciężkie narzędzia, szoty, krawaty, śruby i druty. Swoje nowe zadanie odnalazł bosak służąc jako potencjalny sprzęt do złapania i wyłowienia czegoś co potencjalnie przytrzymywało naszą kotwicę. Do monstrum z Loch Ness byo jeszcze kilkaset mil, więc chyba mieliśmy do czynienia z jakimś nowym, bliżej nie zbadanym zjawiskiem. Zmontowaliśmy dźwignię, która mogła nam w jakiś sposób umożliwić wybranie łańcucha. Małymi kroczkami oczko za oczkiem męskie silne ramiona podciągały zatopioną kotwę. Przy dźwiękach człowieczego wysiłku i walczącej z ciężarem windy kotwicznej wyłowiliśmy zgubę, która ku naszemu zdumieniu na sobie nosiła jedynie ślady mułu a liczyliśmy na wielkie cielsko co najmniej walenia. Zastosowano blokadę w postaci podwiązanych krawatów i w ten sposób zabezpieczeni, wykonując kolejny sprytny obrót wjechaliśmy na kurs.

Zbliżał się wieczór a z nim nadpływała fala. Jeszcze wtedy nie przypuszczaliśmy jak bardzo nas sobie upodoba. Była to z naszej strony miłość nieodwzajemniona i bardzo uciążliwa...

I znów wachta w cieniu nocy. Pobudka przed północą. Czuję, że nadal rzuca jachtem po rozhuśtanym morzu. I znów pytanie, kiedy to się skończy, a do celu wciąż daleko. Wychodzę na pokład. Błyskające krople morskiej wody odbijające się w burtowych światłach nie wróżą spokojnej żeglugi. Staję za sterem z cichą nadzieją, że w końcu kiedyś ten wiatr musi ustać, musi się odkręcić. Pod pokładem zapanował pierwszy stopień choroby morskiej. Są ofiary. Uczepiłam się steru wpatrując się w czarny horyzont. I wszystko byłoby dobrze gdyby jakiś zupełnie nowy ból głowy nie posadził mnie na kanapie w nawigacyjnej. No tego się po sobie nie spodziewałam. Jak usiadłam tak oddałam ster Markowi. To był błąd. Po raz kolejny przekonałam się, że zacięte skupienie pomaga zwalczyć najróżniejsze słabości a nierozważna chwila rozżalenia się nad sobą prowadzi do kompletnej porażki.

Ciemność ustępowała wraz z końcem wachty. Zmęczeni zniknęliśmy w kojach. Marzyłam tylko o tym żeby się ukryć w śpiworze, zobaczyć za kilka godzin słońce i tradycyjną kromką chleba podkarmić nadszarpnięty bujaniem żołądek. Horyzontalna pozycja postawiła mnie na nogi. Po śniadaniu odzyskałam żeglarskie zacięcie, bowiem jak się okazało z innymi było gorzej, a przecież to nie mój pierwszy rejs. Kilka bosmańskich zajęć poukładało sytuację na pokładzie. Kambuz nabierał rozmachu w ofercie dania dnia. Nie mniej ta doba była sprawdzianem niemal dla wszystkich. Wieczór przywitał nas kolejną falą. Ponownie uczepiłam się steru. Nie mogłam pojąć skąd wzięła się dziwna, kompletnie mi nieodpowiadająca amplituda wahań poziomu morza. I znów ten ból głowy. Ale tym razem mi się dostało i to właśnie wtedy mój Oficer stwierdził, ze niechybnie wybrałam się na rejs będąc w ciąży i teraz próbuję wykorzystać nadarzającą się okazję żeby się wymigać z powierzonych obowiązków. Co za pomysł?!. Ale i co za idea. Tak długo się pastwił nade mną, że w pewnej chwili postanowiłam, że to chyba wykorzystam i się położę zupełnie… nie było mi dane. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pogoda zaczęła się stabilizować a mi wszystko przeszło. Poczułam się całkowicie zaaklimatyzowana z pokładem, wiatrem, falą i kambuzem. Co zresztą mogła również powiedzieć większa część załogi.

 Zza chmur wyjrzało słońce. Przed nami było wyzwanie czekające na wszystkich, którzy chcą wejść do Kanału Kaledońskiego od strony wschodniej. Podejście do Inverness zawsze przyprawia o szybsze bicie serca. Kłębiące się tuż pod powierzchnią wody mielizny niczym rekin polujący w ławicy ryb czyhają na niedoświadczonych żeglarzy. Tym razem Gedanię prowadził Marcin. Na brzegu z lewej burty wygrzewały się na słońcu stada fok. Leniwie wznosząc co jakiś czas głowy z wyrazem lekkiej ignorancji obserwowały horyzont, na tle którego trwała walka o przetrwanie. Nad masztami jachtu na tle błękitnego nieba przesunął się wysoki, betonowy most.

- Ster lekko w prawo – padła komenda Kapitana.

Stanęliśmy z Markiem na dziobie szykując się do unikatowych ujęć do galerii foto.

- Ster lekko w lewo, bardziej w lewo – sytuacja zaczynała się zagęszczać. Spod dna jachtu uciekała głębina. 3,5 m, 2,7m, 1.3…. mało, trochę za mało żeby spokojnie skręcić przed boją.

- Teraz, w prawo – rozległ się głos Kapitana nad uchem sterującego Marcia.

Kolejna dobra decyzja. Zielona boja została za nami. Pod nami dno wejściowego kanału oddalało się na bezpieczną głębokość. A była to nie tylko walka z wodą. Dopingował nas jeszcze czas, którego nie mieliśmy zbyt wiele, żeby załapać się na wejście do Kanału przed ostatnią możliwą godziną otwarcia bram. Od pewnego czasu z pokładowego radia nadawaliśmy rozpaczliwe komunikaty o naszej pozycji. Spokojny Szkot z angielskim spokojem równie spokojnie informował nas o tym, że będzie spokojnie na nas czekał. I tak było. Podejście do pierwszej śluzy wykonaliśmy przepisowo, ustawiając się przy prawym brzegu. Rzucono cumy. Z Oficerem Januszem zaanonsowaliśmy się u strażnika, który jednocześnie zapowiedział nam, że daleko jak na razie nie popłyniemy, bowiem lwią część kanału zajął słusznych rozmiarów holenderski żaglowiec. Oczywiście nie mieliśmy zamiaru toczyć walk wręcz i planować abordażu na pokład obcej jednostki. Marzeniem było wysiąść na ląd i poczuć przez chwilę jak żyje 90 % populacji na świecie chodząc po czymś stałym. Tym wszystkim przywitało nas Inverness…

Niezwykłym sentymentem obdarzyliśmy stacjonarne toalety, obszerne, czyściutkie, pachnące. Nie to żebyśmy jakoś zapuścili się na Gedanii, ale co ląd to ląd. Skrzętnie ogarnęliśmy pierwsze ruchy na pokładzie i małymi grupkami wyruszyliśmy na turystyczny rekonesans miasta. W tej drodze towarzyszył mi Marcin, który już wtedy sprawiał, że śmiałam się do łez z opowieści o jego życiowych przygodach, przerywanych wspomnieniami moich wypraw. Oczywiście rozmowa zatoczyła koło wokół tematów iście życiowych, rodzinnych, planów na przyszłość. Dużo tego było. Istotnym faktem tego spotkania było to, że do tej pory myślałam, że potrafię zagadać niemal wszystkich. Może tak, ale nie Marcina. Co za gaduła, ale sympatyczna. Nawet nie przypuszczałam jak dobrze jest trochę pomilczeć… Spacer doprowadził nas na pobliskie wzgórze gdzie spotkaliśmy główny peleton naszej załogi a skąd rozpościerał się piękny widok na miasto i okolice. Pomiędzy czerwonymi dachami szarych kamienic wypatrzyliśmy maszty Gedanii, w kierunku których obraliśmy kurs powrotny. Niewątpliwie miła przechadzka znalazła finał w pobliskim markecie, gdzie z ulgą nabyliśmy drogą kupna nielokalnego Fostera i lody. Z tak wytwornie dobranym asortymentem zakupów pojawiliśmy się na kei. W między czasie okazało się, że nie posiadamy wejściowego klucza i przypadkiem spotkany właściciel stającej nieopodal barki stał się naszym odźwiernym, otwierając ciężką, kutą bramę. Przyzwyczajona już do wszelkich komentarzy, jakie mógł wywołać nasz spacer we dwoje czekałam jedynie na intensywność insynuacji, domysłów, dopowiedzianych słów i tajemniczych uśmiechów ze strony kadry oficerskiej, oczywiście nie zawiedli i tym razem. Dostało nam się za samotny wypad, Marcin został pouczony o gentlemeńskich zasadach postępowania w takich sytuacjach, ja zostałam zobowiązana do każdorazowego zgłaszania takich zajść mojemu oficerowi, który wyda zgodę na podobne bezeceństwa lub nie. A przecież to był dopiero początek rejsu…

Wieczór upłynął w miłej atmosferze zajęć w podgrupach. Uzupełnione zapasy alkoholu za aprobatą Kapitana zdecydowanie przyśpieszyły budowanie dobrych relacji w załodze. Ja sama po zakończonej pod pokładem kolacji w drodze pod prysznic znalazłam się na pokładzie gdzie w towarzystwie m.in. bosmana Grzesia i przedstawicieli pozostałych wacht snuliśmy plany nadchodzących tygodni. Przed nami była jedna z wielu atrakcji, jaką niewątpliwie jest przejście przez Kanał Kaledoński. Na jego łączną długość 107 km ponad 72 km przypadają na już istniejące drogi wodne. Trasa kanału wytyczona została wzdłuż uskoku tektonicznego Great Glen przecinającego Szkocję w relacji północny wschód – południowy zachód. Na jego trasie leżą jeziora Loch Dochfour, Loch Ness, Loch Oich, oraz Loch Lochy. Oprócz 29 śluz mamy tu także 4 akwedukty i 10 mostów. Na jednym z etapów przejścia przez kanał jest system śluz tworzących tzw. schody Neptuna. Trzy lata temu, kiedy po raz pierwszy stanęłam na pokładzie Gedanii to właśnie one zrobiły na mnie największe wrażenie. Fantastyczna konstrukcja siedmiu śluz, do tego obrotowy most, klimat szkockiej zabudowy. Ale to wszystko jeszcze przed nami…

Noc mijała w dźwiękach muzyki, na wschodzie zamajaczył nieśmiało świt. To był sygnał żeby choć na chwilę skorzystać z ciepłej koi. I choć następne dwie doby przyszło nam spędzić na spokojnych wodach kanału to należało zachować jednak fason i podołać obowiązkom obowiązujących wciąż wacht.

Dzień przywitał nas słońcem.

Przed nami były 2 dni spokojnego przejścia przez wody kanału. Podejście do pierwszego obrotowego mostu wprawiło wszystkich w jeszcze lepszy nastrój, jaki zapanował przy rodzinnym śniadaniu na spokojnych wodach w porcie. Cierpliwie doczekaliśmy godziny 9.30 po czym majestatycznie zrobiliśmy skręt, który nie mniej wykonany przy pełnej precyzji ruchów Kapitana za sterem, wprawił w lekkie drżenie właścicieli kutra, stojącego przy kei. Bliskość naszego dziobu od ich lewej burty nie była większa niż długość miary łokcia, kiedy już prawie osiągaliśmy wyznaczony kurs do pierwszej śluzy. Były emocje, jak się szybko okazało nie ostatnie. Podejście Gedanii do pierwszych śluz wzbudziło nie lada zainteresowanie autochtonów jak i przyglądających się z podziwem turystów.

Tak rozpoczęła się nasza przeprawa przez jeden z tworów natury, gdzie jedynie trzecia część całego kanału była dziełem człowieka. Na początek mieliśmy przed sobą 5 śluz. Głównym operatorem kamery został oficer Marek II, Bartek na brzegu od dziobu jachtu czekał na kolejne zmiany polerów, przy przejściu przez stopnie, od rufy towarzyszył mu bosman Grześ. Ja spokojnie z Markiem i Tomkiem obstawialiśmy nasze cumy dziobowe, głośno komentując wydarzenia na pokładzie ze szczególnym uwzględnieniem zachowań jednego z członków naszej dzielnej załogi. Ale zostawimy sobie taką małą tajemnicę. Krzywda nikomu się nie stała a nasze celne spostrzeżenia z czasem nabrały jedynie mocy.

Cykl zalewania kolejnych śluz wodą i wznoszenia nas na pierwszy z poziomów trwał około 2 godzin. A wszystko to w pięknych okolicznościach słonecznej przyrody. Jako że max prędkość w kanale to zaledwie 5 węzłów zdarzało się, że dość popularny w tych rejonach jogging, uprawiany w ilościach hurtowych przez biegaczy w różnym wieku, był zdecydowanie szybszym sposobem na przemieszczanie się ze wschodu na zachód Szkocji. Nie mniej nasz sposób, polegający na zaleganiu we wszelkich nasłonecznionych zagłębieniach pokładu, oddawaniu się słodkiemu lenistwu i wymyślaniu ambitnego menu dla aktualnie panującej Trzeciej wachty w kambuzie miał swoje zalety i z uczuciem niewątpliwie spełnionych w pewnym wymiarze marzeń, wypatrywaliśmy słynnego potwora z nie mniej słynnego jeziora Loch Ness. 

cdn, niebawem..